niedziela, 17 marca 2019

Kobiety w nauce i medycynie


"Albowiem wszelkiemu mającemu będzie dano, i obfitować będzie, a temu, który nie ma, i to, co się zda mieć, będzie wzięto od niego." (Mt 25, 29).

Powyższy cytat z Ewangelii Mateuszowej, odzwierciedla, według Roberta Mertona, amerykańskiego socjologa, narastanie nierówności społecznych i ekonomicznych. Zdaniem niektórych badaczy, można ów fenomen, zwany efektem św. Mateusza, zastosować  również  do sytuacji kobiet w nauce i w życiu społecznym. Historycznie rzecz ujmując, była ona nienajlepsza. Przykładem niech staną się wypowiedzi wielkiego dramatopisarza Augusta Strindberga. Oto dwa cytaty: Epoce naszej przypadło w udziale dokonanie odkrycia, że w porównaniu z ustrojem męskim ustrój kobiecy jest mniej rozwinięty, jest formą, której rozwój został powstrzymany w okresie przejściowym między młodością a wiekiem dojrzałości” oraz  „Czaszka kobiety z rasy białej jest zbliżona do czaszki Murzyna. Fakt ten doprowadza nas do niewątpliwego wniosku, że czaszka kobiety z rasy białej zbliża się do typu czaszek właściwych rasom, stojącym na niższym stopniu rozwoju”. Dzisiaj takie wypowiedzi, zarówno mizoginiczne jak i rasistowskie, prawdopodobnie przerwałyby karierę pisarza. Wówczas nie dziwiły nikogo. I rzeczywiści do tego chóru mizoginów dołączali ludzie, z pozoru światli i wykształceni. Ludwik Rydygier, na własny koszt zamieszczał w prasie ogłoszenie treści: „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety lekarza”. Twierdził też, że „ mężczyźni nie doznają podobnych jak kobiety przerw w spełnianiu czynności zawodu publicznego” (Tygodnik Ilustrowany; 1896).Nasz patron posunął się nawet do czynnego zwalczania kobiet w zawodzie, o czym niżej. Jako jedna z pierwszych zwróciła uwagę na dyskryminację kobiet w nauce, Matylda Joslyn Gage, amerykańska XIX -wieczna feministka i abolicjonistka. Często też, opisane fakty  nazywa się  „zjawiskiem Matyldy”. Rzecz jasna, nie wszyscy tak myśleli i działali. Prof. Adam Wrzostek w roku 1899 stwierdził : „Teraz, gdy już setki kobiet praktykuje, spór  o to, czy kobieta może zostać lekarką - stał się zbyt akademicki [...]. Nam się zdaje, że kobieta przez to samo, że jest zdolna zostać lekarką, ma prawo nią być”.
Powstaje zatem pytanie. Czy nauka jest mężczyzną? Historia ostatnich stuleci, a nawet dziesięcioleci wydawałaby się to potwierdzać. Pierwsza kobieta uzyskała habilitację na UJ w roku 1910, prawie 600 lat od powstania tej uczelni. W dziejach nauki polskiej, pierwsza kobieta objęła funkcję rektora (SGGW), w roku 1981!Na początku XX w. w Oksfordzie kobiety potrzebowały zgody na uczestnictwo w wykładach i nie mogły uzyskiwać stopni naukowych. Wśród indywidualnych laureatów Nagrody Nobla, kobiety stanowią tylko 5,4%. Tu chwalebnym wyjątkiem jest M. Skłodowska –Curie, która jako jedyna kobieta odwiedziła Sztokholm dwa razy. Dlaczego tak było? W dalszej części artykułu, będzie o tym kilka słów. Dwudziesty wiek przyniósł znaczne, lecz powolne zmiany. Nadal jednak pokutują stereotypy, że kobieta nie powinna być chirurgiem, a już broń Boże, ortopedą. Bo to takie "męskie" zawody.
Kobiety –lekarki i położne pojawiają się już w starożytnym Egipcie. Najstarsze doniesienia dotyczą Merit-Ptah (ukochana boga Ptaha), lekarki i położnej żyjącej około 2700 roku p.n.e. (II-ga Dynastia). Jej podobizna znajduje się w jednym z grobowców w Sakkarze.  Około sto lat później działała Peseshet, która nosiła tytuł „pani nadzorca lekarzy”. Nie jest  pewne czy sama wykonywała ten zawód, a być może ukończyła szkołę położnych w Sais. Nauki medyczne, jak wiadomo doskonale rozwijały się w basenie Morza Śródziemnego. W Grecji również kobiety, mniej lub bardziej oficjalnie,  zajmowały się leczeniem. W XII w. p.n.e. , na poły legendarna Agamede , córka króla Augiasza (tego od stajni, które oczyścił Herakles), według Homera, była zaznajomiona ze wszystkimi roślinami leczniczymi rosnącymi na ziemi. Jeszcze ciekawszą postacią była Agnodice. Żyła w Atenach w IV w. p.n.e. . Studiowała u Herophilusa w Aleksandrii, który jako pierwszy opisał jajniki. Powróciwszy do Aten, nie mogła jako kobieta praktykować. Przebrała się zatem za mężczyznę i zaczęła odnosić wielkie sukcesy. Zazdrośni koledzy oskarżyli ją o molestowanie pacjentek. W czasie rozprawy przed Areopagiem, zdjęła szaty. Przed karą za załamanie prawa wybroniły ją żony znanych Ateńczyków, którym uratowała życie. Wkrótce zmieniono też prawo.
W języku potocznym  słowo "hetera" ma raczej wydźwięk pejoratywny. Tymczasem w starożytnej Grecji oznaczało  piękną i wykształconą kobieta lekkich obyczajów, kurtyzanę rzec by  można "z klasą". Były przyjaciółkami i muzami największych ówczesnych mędrców. Jedna z nich, Hetera Lais, z przełomu V i IV w. p.n.e, przyjaźniła się z Diogennesem i Arystypem. Pliniusz Starszy uznawał jej kompetencje w leczeniu wodowstrętu i malarii. Przekazał też jej recepturę na lek na tę chorobę, którego głównym składnikiem była krew menstruacyjna. W naszej erze działały takie kobiety-lekarki jak Antiochis z Tlos, z której pism korzystali Galen i Asklepiades z Bityni, czy Metrodora, autorka najstarszego tekstu medycznego napisanego przez kobietę: Περὶ τῶν Γυναικείων παθῶν τῆς μἠτρας (O chorobach i leczeniu u kobiet). Tekst ów składający się z 63 rozdziałów, był tłumaczony w średniowiecznej Europie. Żyjąca w IV w n.e. Aspazja Lekarka, zasłużyła się dla położnictwa, wprowadzając obrót wewnętrzny płodu, w przypadkach niekorzystnego ułożenia. Pisma starożytne wymieniają jeszcze wiele nazwisk kobiet zarówno działających w Grecji jak i Imperium Rzymskim, określanych w zależności od języka, jako  "maia kai iatros" lub "obsterix et medicae" czyli położna i lekarka.
W wiekach średnich  zaczęły powstawać pierwsze uniwersytety,  jednak kobiety nie mogły w nich studiować. Jedynym wyjątkiem był Uniwersytet Boloński, który od chwili powstania w 1088 zezwalał kobietom na dostęp do studiów. O polskim śladzie w tej materii przeczytamy niżej. Również Szkoła Medyczna z Salerno dopuszczała kobiety zarówno do nauki jak i wykładów. Nauczała tu (głównie panie z domów arystokratycznych) Trotula z Salerno. Była współautorką dzieła „De curis mulierum” („O leczeniu kobiet” i autorką „Practica secundum Trotam” („Praktyka według Troty”) obejmującego leczenie niepłodności, zaburzeń miesiączkowania, a także ukąszeń przez węże czy zagadnienia kosmetyczne. Wspomniane pisma odnaleziono częściowo w USA w tzw. „Manuskrypcie madryckim”. Inna lekarka Dorotea Bucca, wykładała na wspomnianym Uniwersytecie Bolońskim przez ponad czterdzieści lat około roku 1390.  Ówczesne pisma wymieniają nazwiska jeszcze kilkudziesięciu pań , zajmujących się  medycyną naukową. Nie możemy zapominać o tysiącach zielarek i innych kobiet, zajmujących się leczeniem z dala od dworów czy sal uniwersyteckich. W 1474 r. papież Sykstus IV wprowadził prawo surowo zabraniające prowadzenia praktyki lekarskiej bez stosownego dyplomu. Dominica de Rubens w 1533 r. uzyskała licencjat z nauk lekarskich, który odebrano jej, gdy postanowiła starać się o stopień doktorski.
W Polsce tymczasem kobiety pragnęły zapewne studiować, lecz nie mogły. Młoda Wielkopolanka (są także sugestie , że pochodziła z Golubia-Dobrzynia),  imieniem Nawojka, uciekła się do podstępu. Przybywszy do Krakowa , w męskim przebraniu, wstąpiła w szeregi studentów przesławnej krakowskiej wszechnicy. Studentem (-tką?) okazała się wybitną. Jednak została rozpoznana przez kogoś ze znajomych lub też, jak głosi legenda, w czasie "Lanego Poniedziałku" oblana wodą, ujawniła swe kobiece wdzięki. Od srogiej kary wybawili ją profesorowie Akademii, zaświadczając o jej moralności i pilności w nauce. W efekcie skierowano ją do klasztoru, gdzie wkrótce została przeoryszą.  Jeśli już mowa o podstępie w imię wyższych celów, to uciekła się do niego także pierwsza polska dentystka Józefa Serre. W roku  1813 r. przyjechała do Krakowa Józefa Serre wraz z mężem „dentystą, członkiem chirurgicznej Akademii w Metz i Cesarsko-królewskiego medyczno – chirurgicznego Fakultetu wiedeńskiego” i innych uczelni europejskich, Janem Jakubem Józefem Serre.  Wkrótce potem mąż zmarł, a pani Serre poprosiła  o dopuszczenie jej do egzaminu upoważniającego do prowadzenia praktyki dentystycznej. Egzamin zdała wzorowo i patent otrzymała. Okazało się po pewnym czasie, że pan Serre żył jeszcze długie lata i praktykował w Berlinie, umożliwiając w ten sposób żonie karierę.
Oświecenie nie przyniosło zmian, których można by się spodziewać. W samej Francji, kolebce epoki, w roku 1755  wydano dekret zabraniający kobietom prowadzenia praktyki lekarskiej (w tym i dentystycznej). Jednak wiele pań prowadziło salony, w których spotykali się filozofowie i uczeni. One same też prowadziły badania, a nawet wykładały na uniwersytetach (fizyczka, Laura Bassi w Bolonii). Pani Lavoisier (żona sławnego chemika) pobierała także lekcje rysunku u znanego malarza Jacques-Louis Davida ("Śmierć Marata")  i osobiście wykonała 14 rycin do rewolucyjnego dzieła swojego męża Traité Élémentaire de Chimie (1789). Pani Lavoisier prowadziła mały, lecz aktywny salon naukowy i korespondowała z wieloma francuskimi naukowcami i naturalistami, którym imponowała swoją inteligencją. Badania naukowe nad naturą gorąca kontynuowała także. po zgilotynowaniu jej męża w 1794. Wiek XIX przyniósł powolne lecz znaczące zmiany. Liczba kobiet studiujących wzrastała. W 1892 r. na wydziale lekarskim w Paryżu uczyły się 134 kobiety (103 Rosjanki, 18 Francuzek, 6 Angielek i 7 różnych innych narodowości). Wśród Rosjanek znajdowały się Polki, gdyż taką narodowość musiały podać, jako poddane cara. Jedną z nich była siostra Marii Skłodowskiej, Bronisława. W Niemczech Dorothea Christiana Erxleben, ukończywszy uniwersytet w Halle w 1754 r., została pierwszą kobietą na świecie, która otrzymała promocję na doktora nauk lekarskich. Elizabeth Blackwell (1821-1910) urodziła się w Anglii.  Po przyjeździe do USA, początkowo sama uczyła się  medycyny. Rozpoczęła starania o podjecie studiów w Geneva College w Nowym Jorku. Dostała się tam na skutek "żartu" . Otóż władze uczelni, postanowiły zapytać studentów (mężczyzn), czy zgodzą się na przyjęcie do ich grona kobiety. Myśląc, że to jakiś żart , zagłosowali na "tak".  11 stycznia 1849 Elizabeth,  jako pierwsza kobieta uzyskała tytuł doktora medycyny w USA. Nie mogła praktykować w publicznych szpitalach, założyła więc własny. Była feministką i abolicjonistką. W 1869 wróciła do UK (jako pierwsza kobieta lekarz), gdzie współpracowała miedzy innymi  z F. Nightingale. Ta najsłynniejsza w dziejach pielęgniarka, pochodziła z zamożnej rodziny. W wieku 24 lat oznajmiła, ku rozpaczy rodziny, że chce być pielęgniarką ( w owych czasach zawód wykonywały kobiety z nizin społecznych ( często nawet byłe prostytutki). Profesji zatem uczyła się w Niemczech. Po powrocie do UK, w 1853 przyjęła stanowisko przełożonej w Zakładzie Opieki dla Chorych Dam w Londynie. W czasie Wojny Krymskiej (1853–1856), zmieniła całkowicie myślenie o pielęgniarstwie i zrewolucjonizowała je. Wprowadziła 24-godzinną opiekę nad rannymi, również nocną . Na rycinach przedstawiana jest z lampą, przechadzająca się wśród chorych. Stąd jej przydomek "The Lady with the lamp". W 1860 założyła w Londynie przy Szpitalu św. Tomasza pierwszą szkołę pielęgniarstwa – The Nightingale Training School.
W XIX-wiecznej Polsce, sytuacja polityczna , zmuszała wielu rodaków i rodaczki do poszukiwania możliwości kształcenia poza granicami. Charakterystyczne dla życiorysów Polek,  lekarek- pionierek było to, że łączyły naukę i pracę z działalnością społeczną czy polityczną, zazwyczaj lewicowej proweniencji.  Siostra Marii Skłodowskiej, Bronisława po wstępnej edukacji w Polsce wyjechała studiować medycynę w Paryżu, gdzie wyszła za mąż za emigranta politycznego. Maria wspomagała ją finansowo, pracując jako nauczycielka dobrze urodzonej młodzieży. To na jej zaproszenie, Maria przybyła do Paryża.  Bronisława w 1902 powróciła z mężem do Polski i w Zakopanem, a później w Warszawie zajmowała się leczeniem gruźlicy. Została też, już w wolnej Polsce, pierwszym Dyrektorem Instytutu Radowego.  Anna Tomaszewicz-Dobrska (1854-1918), urodziła się w Mławie (ojciec był oficerem carskim w tamtejszej twierdzy).  Już w wieku 15 lat oświadczyła, że chce studiować medycynę w Zurychu. Do studiów przygotowała się starannie i ukończyła je z wyróżnieniem. Po powrocie do  Warszawy sądziła, że bez przeszkód odda się wymarzonej pracy. Niestety  spotkało ją rozczarowanie. W styczniu 1878 r. w tajnym głosowaniu przepadła jej kandydatura do Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego. Przeciwny był miedzy innymi  L. Rydygier. Popierali ją Bolesław Prus i inni światli ludzie. Wobec takiej sytuacji udała się  do St. Petersburga i tam  nostryfikowała dyplom. Po dwóch latach powróciła do stolicy i wyszła za mąż. Pracowała w Przytułku Położniczym, wspieranym przez fabrykanta Kronenberga, przez 30 lat. Zajmowała się też równouprawnieniem kobiet. Teresa Ciszkiewiczowa (1848-1921) jako nastolatka brała udział w Powstaniu Styczniowym. Dziesięć lat później,  wbrew woli rodziców, rozpoczęła studia medyczne w Brnie. Po powrocie do Polski pracowała jako ginekolog (nostryfikowała dyplom w Petersburgu). W swej działalności politycznej  popierała Józefa Piłsudskiego. Jeszce bardziej lewicowe poglądy reprezentowała Justyna Budzińska-Tylicka (1867-1936). Była córką weterynarza, powstańca styczniowego. Od 1892 studiowała w Paryżu i tam zaczęła praktykę jako ftyzjatra, a późnej ginekolog. W 1905 powróciła do Polski i tu poświeciła się pracy lekarskiej i społecznej. Należała do PPS, gdzie zajmowała wysokie stanowiska (aresztowana na rok w 1931), protestowała przeciw więzieniu przeciwników politycznych sanacji  w Beresie Kartuskiej.  Współpracowała z Boyem-Żeleńskim i Ireną Krzywicką na rzecz świadomego macierzyństwa.
Wróćmy na chwilę do Nagród Nobla. W kilku przypadkach kobiety, które z całą pewnością zasłużyły na nią , zostały pominięte. Lise Meitner  (1878 -1968) urodziła się we Wiedniu w rodzinie żydowskiej. Jako dorosła dokonała konwersji na   protestantyzm. Nie mogąc jako dziewczynka chodzić do gimnazjum, samodzielnie opanowała materiał i po zdaniu matury,  rozpoczęła studia we Wiedniu (u Boltzmana). Po przeniesieniu się do Berlina, była między innymi asystentką Maxa Plancka. Tam poznała Otto Hahna, z którym pracowała ponad 30 lat.  W 1938 uciekła do Szwecji, gdyż na podstawie Ustaw Norymberskich,  uznano ją za żydówkę (po aneksji Austrii). Rok później,  rozwinęła odkrycia Hahna i Strassmanna, dając podstawy do opisu zjawiska rozczepienia jądra atomu. Otworzyło to drogę do wykorzystania energii atomowej. Jako pacyfistka odmówiła udziału w projekcie „Mannhatn”. W roku 1944 Hahn otrzymał nagrodę Nobla. Meitner pominięto.  Rosalind Elsie Franklin, żyła tylko 38 lat. Była krystalografem i współpracowała z Watsonem, Crickiem i Wilsonem w pracach nad strukturą DNA. Dzięki jej słynnemu "zdjęciu nr 51", okazało się, że jest to podwójna helisa. Cztery lata po jej śmieci wspomniani wyżej,  10. 12. 1962, odwiedzili Sztokholm. Pozostaje pytanie, czy w innym przypadku byłoby ich czworo. W połowie lat 60-tuch XX w. , pracująca pod  kierunkiem Antony’ego Hewisha , doktorantka Jocelyn Bell Burnell, odkryła pulsary, czyli rotujące gwiazdy neutronowe. Częstotliwość sygnałów radiowych wysyłanych przez owe ciała niebieskie, była tak idealnie niezmienna, że sądzono iż są to sygnały od obcej cywilizacji. W 1974 Hewish i  Ryle otrzymali Nagrodę Nobla. Burnell została pominięta.  Być może takich sytuacji było więcej. Archiwa noblowskie są utajniane na pięćdziesiąt  lat, a korytarze laboratoriów też maja swoje tajemnice. 
Oczywiście wiele wynalazków i odkryć dokonanych przez kobiety, nie zasługiwało na Nobla,  lub też miały miejsce jeszcze przez ufundowanej owej nagrody. Josephine Cochrane skonstruowała  zmywarkę do naczyń  w 1886, Mary Anderson w 1903,  wycieraczkę samochodową.  Jeszce bardziej "męska" wydają się piła tarczowa, której twórcą jest Tabitha Babbitt (1813) czy wprowadzone w 1965, kamizelki kuloodporne z kevlaru , autorstwa Stefani Kwolek (polskie pochodzenie). W poprawianiu tekstów pomocny jest korektor, którego twórczynią w 1953 była  Bette Nesmith Graham. Martha Coston w połowie XIX w.  zaprojektowała kolorowe flary sygnałowe, dzięki którym,  jak pamiętamy odnaleziono Stasia i Nel.  "Kobiecych" wynalazków jest znacznie więcej. Zapewne używając wielu przedmiotów nie zdajemy sobie prawy z tego kto i kiedy je wymyślił. Wydaje się, że były zawsze, tak jak kobiety w naszym życiu. I niech tak zostanie.

środa, 7 listopada 2018

Trzej książęta Serendypii czyli rola przypadku w nauce


Kiedy zapytano pewnego laureata Nagrody Nobla z dziedziny medycyny i fizjologii, jaka jest droga do tego najważniejszego w nauce wyróżnienia, odrzekł mniej więcej tak: "To bardzo proste. Trzeba przez czterdzieści lat codziennie chodzić do laboratorium, robić doświadczenia, publikować w najlepszych periodykach i może dadzą... ". Zapewne tak jest, ale wydaje się, że zapomniał o jednym słowie. Przypadek. Jak definiuje ów rzeczownik "Słowik języka Polskiego" PWN?
      Zdarzenie lub zjawisko, których nie da się przewidzieć
      Pojedyncze zdarzenie lub pojedyncza sytuacja
      Jedna z postaci choroby spośród wielu podobnych
      Osoba lub grupa osób reprezentująca jakieś zjawisko lub charakteryzująca się jakąś cechą
Jeśli "przypadek" jest szczęśliwy, często używamy określenia "fart". Słowo pochodzi z języka niemieckiego, a konkretnie od  fahrt - jazda, czyli ogół sprzyjających okoliczności.  Ale uwaga, to samo w języku angielskim znaczy coś zupełnie innego!
Teraz musimy cofnąć się do wieku XVIII, a dokładnie do 28.01 1754. Tego dnia Horacy Walpole, angielski poeta i prozaik, syn pierwszego premiera tego kraju, w liście do przyjaciela po raz pierwszy użył słowa "serendipity". Czytał on podówczas baśń "The Three Princes of Serendip". Opisuje ona dzieje trzech braci, książąt Serendipu czyli obecnej Sri Lanki. Nazwa ta w sanskrycie oznacza "tam gdzie mieszkają lwy". Książęta podróżują aby zdobyć miłość, sławę i pieniądze, a zawsze przydarza się im coś innego. W owym czasie sam Walpole, także poszukiwał bodaj cennej książki, a znalazł obraz. Połączył owo wydarzenie z przygodami bohaterów baśni i ukuł nowe słowo. Archetypicznym przykładem serendipity jest odkrycie Ameryki. Kolumb płynie do Indii, po drodze odkrywając nowy kontynent. Legenda głosi, że pewnego dnia Izaak Newton  odpoczywał pod jabłonką i nagle na głowę spadło mu jabłko. Uczony zaczął się zastanawiać, jaka siła powoduje to, że przedmioty spadają, a nie unoszą się lub lecą w bok. Nie wiadomo czy istotnie tak było. Jednak miliardy ludzi przed Newtonem obserwowały to samo. Nikt jednak, nie pomyślał o naukowej podstawie zjawiska.  Ludwik Pasteur, słynny biolog francuski ujął to tak: "W dziejach eksperymentów przypadek pomaga dobrze przygotowanym umysłom". Tak więc do serendipity, niczym do przysłowiowego tanga, trzeba dwojga. Przypadku i kogoś, kto nie przejdzie obojętnie.
Genialny Grek, Archimedes mieszkał w Syrakuzach na Sycylii. Oddał wielkie zasługi dla miasta, konstruując machiny do walki z oblegającymi je wrogami. Był pionierem broni opartej na skupionych promieniach słonecznych, paląc za ich pomocą statki rzymskie. Jak głosi legenda pewnego dnia mieszkańcy Syrakuz ujrzeli go, biegnącego nago i wykrzykującego słowo :"Eureka". Co tak ucieszyło naukowca? Otóż rozwiązał pewien problem. Władca owego polis, tyran  Hieron II, powziął podejrzenie, że złotnik któremu powierzył wykonanie korony ze szczerego złota, oszukał go zastępując część kruszcu srebrem.  Korona była piękna i nie sposób było sprawdzić  podejrzenia bez jej zniszczenia     (z domieszką srebra złoto staje się twardsze). Wezwał więc Archimedesa i kazał  ustalić jak jest naprawdę,  ale bez ingerencji w strukturę korony-arcydzieła. Zadanie wydawało się niemożliwe do wykonania. Zmęczony wielodniowymi rozmyślaniami uczony, postanowił zażyć kąpieli. Kiedy zanurzył się zauważył, że jego ciało w wodzie jest znacznie lżejsze niż w powietrzu. Odkrył prawo nazwane później jego imieniem. Nasunęło mu to rozwiązanie problemu korony (choć z wykorzystaniem innego zjawiska fizycznego). Udał się do Hierona i poprosił o bryłę złota o ciężarze korony. Następnie zanurzył ją w wodzi, po chwili uczyniwszy to samo z koroną. Ta ostatnia wyparła więcej cieczy. Złotnik podstępnie dodał srebro aby  uzyskać tę samą wagę, zapomniał jednak, że objętość dzieła będzie wtedy większa. Tyran skazał złotnika na śmierć. Niestety wiele lat później, jego syn otworzył tajną bramę przed wojskami Rzymu oblegającymi Syrakuzy. Archimedes akurat rozwiązywał problem geometryczny, rysując na piasku koła. Kiedy ujrzał rzymskiego legionistę zamierzającego się na niego mieczem, nim zginął,  rzekł:  "Noli trubare circulos meos[1]".  
A jak rzeczy maja się w medycynie? Ano podobnie.
Ambroży Pare (1510-1950)  był, jednym z najwybitniejszych chirurgów doby Renesansu. Projektował narzędzia chirurgiczne i protezy kończyn, wprowadził leczenie złamań  wyciągiem.  Będąc nadwornym chirurgiem kilku królów Francji, głównie zajmował się chirurgią wojskową, a właściwie rzecz ujmując amputacjami. Doszedł do perfekcji wykonując zabieg w kilka minut. Podówczas jako hemostazę i zabezpieczenie ran przez infekcją, stosowano przyżeganie rozpalonym żelazem i zalewanie gorącym olejem. W czasie jednej z bitew operacji było tyle, że... zabrakło oleju. Niektórym rannym nie zalano zatem kikutów owym "antyseptykiem". Pare był pewien, że umrą wkrótce w męczarniach. Jakież było jego zdumienie, gdy okazało się, że czują się znacznie lepiej od tych, dla których oleju starczyło. Wkrótce genialny Francuz skrytykował stare metody i wynalazł kleszczyki hemostatyczne do podwiązywania tętnic i żył, podobne do stosowanych współcześnie.
Sprzedawanie wina, także może przyczynić się do postępu w medycynie. Nie chodzi tu bynajmniej o resweratrol. Ojciec Johanna Leopold Auenbruggera  prowadził w austriackim Gratzu oberżę o nieco tautologicznej nazwie - "Pod Czarnym Murzynem". Syn obserwował jak pracownicy ojca, chcąc sprawdzić czy beczki są pełne i czy dostawcy nie oszukują, opukiwali je, wyznaczając poziom cieczy. Kiedy został lekarzem zauważył podobieństwo kształtu klatki piersiowej i beczki. Zaczął zatem opukiwać narządy ukryte pod żebrami. Swoje spostrzeżenia zawarł w dziele "Nowy wynalazek odkrywania ukrytych chorób wewnętrznych piersi poprzez opukiwanie " (Inventium novum ex percussione thoracis humani ut signo abstrusos interni pectoris morbos detergendi). Leopold był także literatem i napisał libretto do śpiewogry Salieriego (tak, tak, ten od Amadeusza) pt. "Der Rauchfangkehrer" z roku 1781.
Dziś umiejętność opukiwania niestety zanika. Narządy klatki piersiowej diagnozują urządzenia oparte na promieniach Roentgena. Ich odkrycie także jest dziełem przypadku. Wilhelm Conrad Röntgen  fizyk z Würzburga,  eksperymentował z odkrytym nieco wcześniej promieniowaniem katodowym, czyli strumieniem elektronów w próżni. Kiedy elektrony uderzały w płytkę wolframową, emitowała ona inny rodzaj promieniowanie, który rozjarzał ekran fluorescencyjny, a nade wszystko bez trudu przenikał przez wiele substancji. Co więcej, na kliszy fotograficznej powstawał obraz przedmiotów, "stojących na drodze" promieni. Jedną z pierwszych fotografii był szkielet dłoni żony genialnego fizyka. W następnych latach, dzięki zastosowaniu kontrastów, oraz skonstruowaniu wielu urządzeń w tym tomografu promienie X,  na stałe zagościły w naszych szpitalach.
Nie tylko wybitni naukowcy odznaczali się zmysłem obserwacji i wyciągania wniosków z przypadkowych  zdarzeń.  Vincenz Priessnitz, prosty rolnik i analfabeta z terenów obecnych Czech, jako młody człowiek doznał urazu klatki piersiowej. Z braku pieniędzy na fachową pomoc lekarską, leczył się sam stosując opatrunki nasączone wodą. Ponoć pomysł ten przyszedł mu do głowy, na podstawie obserwacji rannej w nogę sarny, która codziennie przychodziła do strumyka, płukać ową ranę. Wkrótce założył zakład, gdzie podstawowym środkiem leczniczym była woda. Dorobił się ogromnego majątku, a wodolecznictwo, do dziś stanowi ważny element wielu kuracji. W języku angielskim uzdrowisko to "spa" , czyli z łacińskiego sana per aquam  (zdrowie przez wodę). Słowo prysznic, także pochodzi od pana Vincenta.
Sporo "serendypnych" odkryć pojawiło się na przestrzeni dziejów w mikrobiologii. Aleksander Fleming, szkocki mikrobiolog, zasłynął jako odkrywca penicyliny. Sam mawiał: "To natura wyprodukowała penicylinę, ja ją tylko odkryłem". Już wcześniej odkrył lizozym, białko odgrywające wielką rolę w odporności nieswoistej.  Ponoć był bałaganiarzem i pewnego razy "odstawił w kąt" jakąś szalkę Petriego z hodowlą bakteryjną. Kiedy ją "odnalazł" zauważył, że jest zanieczyszczona pleśnią. Nie było w tym nic szczególnego poza jednym faktem. Wokół pleśni nie rosły bakterie. Fleming skojarzył to z działaniem lizozymu. Postanowił sprawdzić co znajduje się w grzybku zwanym Penicillinum notatum. Po kilkunastu laty, z pomocą innych naukowców otrzymał krystaliczną formę nowego leku, pierwszego antybiotyku. Nagrodą była wizyta w dniu 10.12. 1945 w Sztokholmie.
Prawie czterdzieści lat później w dalekiej Australii, patolog i mikrobiolog chcieli  odpowiedzieć na pytanie, czy choroby żołądka mogą być spowodowane infekcją. Próbowali zatem wyhodować coś z zawartości żołądków. Oficjalna teoria głosiła, że żaden drobnoustrój nie przeżyje w środowisku kwasu solnego, jakie tam występuje. Istotnie, wiele eksperymentów zdawało się potwierdzać teorię. Zbliżała się Wielkanoc i związana z nią przerwa w pracy. Podobnie jak w laboratorium Fleminga jakaś hodowla nieco się zawieruszyła i czekała na powrót uczonych. Jakież było ich zdziwienie, gdy coś wyrosło na agarze. Później okazało się, że to H. pylori, przyczyna stanów zapalnych i owrzodzeń żołądka i dwunastnicy. Ta bakteria, po prostu potrzebowała dłuższej hodowli. Odkrycie zrewolucjonizowało gastroenterologię, a odkrywcy także, śladami Fleminga, pojechali do Sztokholmu.
Czy gotując rosół można dowiedzieć się jak działa organizm? Okazuje się że tak. Żona XVIII-wiecznego włoskiego fizyka Luigiego Galvani, zaniemogła. Troskliwy mąż, postanowił ugotować jej rosół z żabich udek. Jak to fizyk, robił to w swym laboratorium, gdzie miedzy innymi stała machina produkująca prąd. Kiedy jedno z udek zostało przypadkiem dotknięte przez elektrodę, choć "nieżywe" skurczyło się. Dokładniejsze badania wykazały, że to właśnie zjawiska elektryczne odpowiadają za przewodnictwo nerwowe i pracę mięśni.
 Ból jest jednym z najgorszych odczuć w życiu człowieka, zarówno ten fizyczny związany z urazem czy chorobą ale też i ten niematerialny, duchowy czy psychiczny. W 1939, Velpeau, chirurg francuski wieszczył, że nigdy skalpel i ból nie pojawią się oddzielnie. Mylił się . Już kilka lat później, przeprowadzano zabiegi w znieczuleniu. Amerykański dentysta, Horacy Wells,  pewnego dnia wybrał się do cyrku. Pokazywano tam działanie "gazu rozweselającego". Istotnie poddany inhalacjom osobnik , zachowywał się jak człowiek uradowany, beztroski. W pewnym momencie pokazu skaleczył się w goleń i nawet nie poczuł tego. Wtedy Horacy, pomyślał czy nie zastosować tego gazu u swoich pacjentów. Pierwsze próby, jakie wykonał w zaciszu gabinetu, były zachęcające. Chorzy nie czyli bólu ekstrakcji i innych zabiegów. Nadszedł zatem dzień pokazu nowej metody szerszemu gronu specjalistów. Niestety, wybrany pacjent i dziś byłby "zagwozdką" dla anestezjologów. Otyły z POChP. Eksperyment nie powiódł się. Horacy wyśmiany i upokorzony zaczął popadać w obłęd. Eksperymentował z innymi środkami, między innymi chloroformem, również na sobie. Doznawał halucynacji i w ich skutek oblał na ulicy kobietę kwasem solnym. Aresztowany, popełnił samobójstwo w wiezieniu. Idea "gazowego" znieczulenie jednak  przetrwała. Kilka lat później, Morton użył oparów eteru z doskonałym skutkiem. Narkoza eterowa stosowna była do lat 60-tych XX w. Do łask wrócił też "rozweselacz" czyli podtlenek azotu, do dziś będący składnikiem mieszaniny gazów anestetycznych. Wkrótce dołączono środki znieczulenia miejscowego. Ból opuścił salę operacyjną. Pierwsza brama do wielkiej chirurgii stanęła otworem. 
W pewnym miasteczku w Walii przeprowadzano badanie kliniczne, podwójnie ślepą próbę , dotyczącą leku mającego poprawić krążenie wieńcowe. Preparat nazywał się Sildenafil. Jak wiadomo z założenia takich badań, połowa uczestników otrzymywała lek, zaś połowa placebo. Po jakimś czasie, mniej więcej właśnie połowa badanych, zaczęła poufnie prosić prowadzących eksperyment o... dodatkowe tabletki. Przyciśnięci do muru wyznali, że owe tabletki wzmacniają nie tylko serce, ale ich zdolności do spełniania "obowiązków małżeńskich". Badacze zainteresowali się owym "efektem ubocznym" i na rynku pojawiła się tabletka sildenafilu, bardziej znana jako Viagra.
Leczenie chorób to praca lekarzy, ale czyż lepiej nie zapobiegać im? Z całą pewnością. Wielu ludzi strawiło życie na poszukiwaniu eliksiru zdrowia i młodości. Stare porzekadło mówi jednak : "contra vim mortis non est medicamen in hortis". A jednak trochę tych lekarstw znaleziono. Przeciw chorobom, bo śmierć jest poza zasięgiem, choć "odganiamy" ją od łóżka chorego, coraz skuteczniej i na coraz dłużej. Czy są zatem ludzie, których nie imają się choroby? Okazało się, że tak. Edward Jenner, dowiedział się, że osoby pracujące z krowami (dojarki) nie chorują na ospę prawdziwą, która wówczas dziesiątkowała ludność. Dotyczyło to też tych, którzy przechorowali tzw. "krowiankę". Wcześniej stosowano tzw. wariolizację czyli podawanie poprzez skaryfikacje wydzieliny z krost chorych na ospę prawdziwą. Metoda była jednak niepewna i niebezpieczna.  Jenner założył zatem, że jeśli celowo podamy człowiekowi  wydzielinę z pęcherzy na wymionach chorych krów, zabezpieczy to przed ospą prawdziwą. Tak też się stało. Trzeba było jednak 200 lat, aby ospa przeszła do historii. Jego tropem podążył Ludwik Pasteur. Szczepionki weszły do armamentarium medycyny.
W dawnych prosektoriach można było przeczytać: "HIC MORTUI DOCENT VIVOS" ("Tutaj umarli uczą żywych"). W dziewiętnastowiecznym Budapeszcie, słowo stało się ciałem. Ignacy Semmelweis był ordynatorem oddziału ginekologiczno-położniczego. Śmiertelność okołoporodowa (gorączka połogowa)  w jego klinice była przerażająca. Tymczasem w budynku obok, na oddziale prowadzonym przez zakonnice, o rząd wielkości mniejsza. Oddział Semmelweisa odpowiadał dzisiejszej klinice uniwersyteckiej. Nie było jeszcze wydzielonej specjalności anatomopatologa, stąd sami lekarze klinicyści wykonywali sekcję zmarłych pacjentek. Po sekcjach wracali do kliniki, badali zdrowe kobiety tuż po porodzie, następnie chore i znowu zdrowe. Nie myli rąk, pomiędzy sekcją a badaniem i między badaniami. W oddziale klasztornym nie było sekcji... .  Pewnego dnia, jeden z kolegów Ignacego zaciął sie nożem sekcyjnym w czasie autopsji.  Po kilku dniach zmarł, mając takie same objawy, jak kobiety w gorączce połogowej. Wtedy Semmelweis z przerażeniem odkrył, że na rękach lekarzy przenoszona była śmierć. Nakazał ich mycie po każdej czynności. Dezynfekcję w roztworach chemikaliów. Wyśmiano go i wyszydzono. Nikt nie widział żadnych czynników zakażenia. Mówiono: bzdury, chore idee wariata. Semmelweis pogrążał się w szaleństwie. Czuł winę za śmierć setek kobiet. W końcu zamknięto go w oddziale psychiatrycznym, gdzie w czasie kolejnego ataku szału, został pobity przez sanitariuszy. Zmarł wskutek zakażenie ran jakie wtedy odniósł. Jednak ziarno jakie zasiał, zakiełkowało i wydało owoc aseptyki i antyseptyki. Lister, angielski chirurg pojął geniusz budapeszteńczyka i nakazał wprowadzenie owych zasad w swoim oddziale. Druga brama do wielkiej chirurgii stanęła otworem.
Ból fizyczny jest do pokonania. Nieco gorzej z tym drugim dotyczącym "duszy". Już od czasów pierwotnych, ludzie uciekali do świata wizji i fantazji, chcąc czy to kontaktować się z bogami, czy po prostu mniej cierpieć z powodu trudów tego świata.  Liczba środków stosowanych do tego celu, jest olbrzymia. Albert Hoffman, badając pochodne kwasu lizerginowego w roku 1938 po raz pierwszy zsyntetyzował  LSD-25. Głównym celem syntezy było otrzymanie stymulatora oddechowo-krążeniowego. Naukowiec zawiesił badania i postanowił zająć się nimi ponownie dopiero pięć lat później, dokładnie 16 kwietnia 1943 r. Podczas resyntezy LSD wchłonął prawdopodobnie niewielką ilość substancji i zanim opuścił laboratorium poczuł, że wszystko wkoło faluje. Wsiadł na rower i pojechał do domu (trwała wojna w Europie i były ograniczenia w dystrybucji benzyny, nawet w Szwajcarii). W pewnym momencie zauważył, że gonią go diabły. Na szczęście, po jakimś czasie halucynacje ustały. Jednak dzień 16.04, na pamiątkę owej rowerowej eskapady z udziałem czartów, miłośnicy LSD czczą jako "bicycle day". Hoffman, żył 102 lata, jednak nie należy chyba łączyć tego faktu, z przyjęciem LSD.
"Serendypnych " wynalazków i odkryć są  dziesiątki.  Korzystamy od stuleci z czegoś, czasami nie wiedząc, jak ludzie doszli do tego odkrycia. Wiele łączy radar z kuchenką mikrofalową i roztopionym batonikiem Precy'ego Spencera, a co patelnie z protezą naczyniową.  Co miał wspólnego słodki mocz psów po wycięciu trzustki z insuliną?  Czy szukając ultra-mocnego kleju można odkryć słabiutki ale użyteczny? Czy warto trzymać błony fotograficzne w szufladzie z solami radu? Albo jak używając pieca zrobić przez przypadek gumę. Kto ciekaw, niech sprawdzi.
Książęta Serendypii są nieśmiertelni. Podróżują po całym świecie  do dzisiaj i może kiedyś jakiś młody naukowiec o otwartym umyśle, spotka ich i odkryje coś, co zmieni dzieje ludzkości. Oby na dobre.


[1] Nie niszcz moich kół