niedziela, 8 września 2019

ZATRUTA STUDNIA, CZYLI WYZNANIA CZŁEKA NAIWNEGO


Zdecydowałem się napisać coś osobistego, o moim odbiorze tego, co dzieje się wokół. Miałem na to trochę czasu, bo prawie sześćdziesiąt lat. Nie wiem, szczerze mówiąc, czy dobrze go wykorzystałem. Nigdy nie pretendowałem do roli intelektualisty, czy besserwissera. Nie ukrywam, że wolę wina półsłodkie od wytrawnych, a "Campari" pijam z sokiem pomarańczowym. Nie jestem poliglotą. Używam słowa na "k". Od dzieciństwa, szybciej dostrzegę zło, niż dobro.  Parafrazując poetkę: "Ktoś widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja - rozdarte drzewo".  Jestem, mimo wieku, człowiekiem naiwnym. Pochodzę zapewne z chłopstwa pańszczyźnianego (jak 90% Polaków), więc i moja konstrukcja psychologiczna jest prosta. Nie ma we mnie nic z dyplomaty, mówię co myślę. Wiele razy już, zapłaciłem za to słono. Ale uważam, że tak trzeba. Zweryfikowałem wiele poglądów, które przekazano mi jako dogmat, za pomocą swoistego imprintingu.  Pewnie dowiem się, że moja argumentacja jest prymitywna i nijak jej, do zasad erystyki Schopenhauera, że o współczesnych filozofach francuskich nie wspomnę. No cóż i tak bywa.  
Jest taka powiastka, którą o ile pamiętam, spopularyzował, popularny dosłownie i w przenośni pisarz, Paulo Coelho. Otóż w pewnym królestwie,  w którym żyło się długo i szczęśliwie, prawda była prawdą, a dobro dobrem, pojawił się zły czarownik. Zatruł wodę we wszystkich studniach. Ci, którzy pili z owych studni, wariowali. Mylili dobro ze złem, popełniali czyny niegodne człowieka, przy czym uważali, że robią wszystko słusznie. Znajdowali tysiące argumentów na to, że właśnie tak jest. Król i królowa, widząc co się dzieje,  wpadli w przerażenie. Oni nadal zachowywali się tak jak dawniej. Zapytacie dlaczego. Otóż mieli własną studnię, do której czarownik nie miał dostępu. Wysłali zatem heroldów, aby rozgłosili wieść, że nie wolno pić wody z zatrutych studni. Niestety, heroldowie obchodząc królestwo w upalne lato, poczuli pragnienie i pili wodę z najbliższych źródeł. Uczyniwszy to stwierdzili, że rozkazy króla są głupie i przestali je rozgłaszać. Cały naród popadł w obłęd. Królewska para próbowała jeszcze przez jakiś czas walczyć. Wydawali kolejne edykty, rozmawiali z poddanymi. Wszystko na nic... .  
Wielu ludzi, a przyznam, że i ja do nich należę, czuje się czasami jak owa królewska para. Z przerażeniem spoglądamy na to co dzieje się wokół. Idee, które raczej słusznie, uznajemy za dobre i sprawiedliwe, są wyśmiewane przez innych. Co więcej wydaje się, że to właśnie oni mają chyba rację, bo odnoszą sukcesy, właściwie na każdym polu. Nie chodzi o poglądy religijne, choć o tym za chwilkę,  ani nawet polityczne (robi to każda strona). Chodzi o uniwersalia. Moralność jak udowodniono (vide "dylemat zwrotnicy"), nie zależy od religii, rasy, czy miejsca urodzenia. Przyjmujemy za pewnik to, co przekazują nam rodzice. Oczywiście jest to skądinąd słuszne i dotyczy wszystkich zwierzą , nie tylko Homo sapiens. Inaczej prawdopodobnie być nie może. Weźmy religię. Niewątpliwie, przyczyniła się do integracji  plemion w narody i stworzenia pojęcia "my". Dzięki temu powstały największe dzieła ludzkości, dedykowane bogom, lub władcom, których prawo do panowania , jak wiadomo, pochodzi od boga. Genialni ludzie, podtrzymywali ową wiarę, utrzymując szkoły, pilnie bacząc, by "nieprawomyślne" idee, nie trafiły do powszechnej świadomości. Kilkadziesiąt wieków później podsumował to  Voltaire ("Gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić").  Nawet "ateistyczne" dyktatury jak choćby stalinowska wiedziały, że trzeba zastąpić obrząd religijny, pochodami pierwszomajowymi, a w przypadku hitlerowców, parteitagami z pochodniami. Bogiem był Wódz. To działa.  Uwielbiam, gdy kapłan danego wyznania, widząc w swej świątyni małe dzieci mówi: "O przyszli do nas mali ( chrzescijanie,  muzułmainie, szintoiści, buddyści...).  Otóż widzi tylko dzieci chrześcijan, muzułmanów, szintoistów czy buddystów, którzy na zasadzie zupełnego przypadku urodzili się w Warszawie, Kairze, Tokio czy New Delhi. Wcześniej wskutek wędrówek ludów, wzajemnych mordów i prześladowań, nauka Jezusa, Mahometa czy innego proroko-boga, zapanowała w tym rejonie (również w Polsce, miejsca kultu zmieniały właścicieli). Co ciekawsze, te dzieci, kiedy dorosną, będą zabijały te drugie, bo ich bóg jest ważniejszy. Oczywiście oni wierzą w to, że zostali wybrani, mają księgi (dyktowane przez bogów), które to potwierdzają. Ksiąg takich i przekazów oralnych, jest obecnie na świecie pięć tysięcy. Wynik, choć zawsze 1: 4999, oznacza zwycięstwo. Niektórym, a w tym mnie, udało się wydalić toksyny owego religijnego imprintingu.  Jak mniemam, w większości przypadków nie ma nawet odpowiedzi, na pytanie dlaczego mam  wierzyć w to, a nie w coś innego. Przypomina mi się wówczas film "Rambo 3". Nasz bohater obserwuje narodową afgańska grę buzkaszi, polegającą na odebraniu przeciwnikowi zwłok kozła. Zawodnicy poruszają się na koniach. W pewnym momencie amerykański heros, zadaje pytanie, dlaczego to robią. Pada odpowiedź: "bo tam jest". Zawodnicy zapewne nie wiedzą, że w innych krajach, ludzie grywają w inne gry, a jeśli się dowiedzą, będą chcieli tamtych zabić. Ich gra jest najważniejsza. Pochodzi przecież od boga.
            Ze świętych ksiąg (prawie wszystkich) wynika także to, że człowiek jest panem wszelkiego stworzenia na ziemi. Pozostali mieszkańcy zwierzęcy, roślinni czy zbudowani z materii nieożywionej, mają mu służyć. To po pierwsze.  Po drugie, człowiek musi się rozmnażać. O ile religie, zazwyczaj zwalczają się bezkompromisowo, tu panuje ekumeniczna zgoda. Wszelkie pozanaturalne  sposoby kontroli urodzeń są wstrętne pięciu tysiącom bogów, a przede wszystkim ich kapłanom. Zwierzęta się zjada, a w niektórych przypadkach, sposób ich zabijania określają także karty świętych ksiąg. Choć wynika to z mądrości "natchnionych przez boga" pisarzy, którzy dbali o zdrowie swego ludu (nie spożywać zwierząt chorych, które najłatwiej schwytać), nadal tak się dzieje. Co więcej, w krajach gdzie nienawidzi się zjadaczy owych rytualnie zabitych zwierząt, rzeźnie zarabiają krocie na tym procederze. Tu i ówdzie, w celu poprawienia smaku zwierzęcia, torturuje się je (zabija tłukąc pałką, przypala żywcem, odkrawa kawałki ciała również żywcem itp.) nim umrze. Choć nie, przepraszam, nim zdechnie. Bowiem zwierzę jako właściwie przedmiot, nie posiadający duszy (lub jej odpowiednika,  w jednej z 4999 religii poza "naszą" ), nie może odchodzić w sposób zarezerwowany dla człowieka.  Polski język wyraźnie rozróżnia owe śmierci.  Gdy kiedyś, powiedziałem o  moim zwierzęciu, że umarło, skądinąd inteligentny człowiek, zwrócił mi uwagę, że mówi się zdechło. Większość jednak naszych braci mniejszych, ginie w sposób przemysłowy. Nawiasem mówiąc, zwierzęta hodowlane stanowią około 95% ziemskiej fauny, co już samo w sobie, jest postawieniem spraw na głowie.  Wyżywienie geometrycznie rosnącej populacji człowieka, wymaga ilości i przestrzeni. Jakość zarezerwowano dla 1-2% najbogatszych. Płoną (wraz ze zwierzęcymi mieszkańcami) i są wycinane pod pola uprawne monokultur, lasy. Wegetarianizm, budzi w najlepszym przypadku, zdziwienie. Mnie czasami pytają, czy jestem chory. Wegetarianie są podejrzani. Tak jak ekoterroryści, czyli ci którzy od dawna mówią o tym, czego obecnie doświadczamy. Plasuje się ich w tym samym miejscu,  co innowierców czy  ateistów.  Mój ojciec był człowiekiem bardzo, wręcz modelowo,  wierzącym. Pamiętam jednak  radę, jaką dał mi kiedyś. Rzekł : "Jeśli chcesz mieć spokój w grupie Polaków, na przykład w sanatorium, domu wczasowym,  czy podobnym miejscu, powiedz, że jesteś kapłanem inne wiary". Miałeś rację Tato.
Zwierzęta są też przydatne do pracy. Oczywiście dopóki są do niej zdolne. Ich emeryturą jest, w najlepszym przypadku, ostry nóż rzeźnika. Są też i "jaśniejsze" strony. Dzieci uwielbiają zwierzątka. Zwłaszcza małe. Szczeniaczki, króliczki, kotki. Problem w tym, że one rosną, wypróżniają się, a latem z całą rodziną jedziemy na "all inclusive " do Egiptu. Tatuś zawozi pieska do lasu. Przecież poradzi tam sobie. W końcu to zwierzę. Tatuś nie powiedział jednak, że przywiązał go,  na wszelki wypadek, do drzewa. Oglądał bowiem w młodości taki film o psie Lessie. A nóż głupie psisko wróci?  Fajne zwierzaki są też w cyrku! Dzieci mogą się dowiedzieć, że ulubioną rozrywką słonia czy niedźwiedzia jest taniec, a tygrys uwielbia skakać przez ogień. Pewna pani, wypowiedziała się w sondażu na temat zwierząt w cyrku, że to zupełnie prawidłowe i powinny dużo trenować.  Przecież dzieciaki mają tyle radości. Właściwie miała rację, tych zwierząt się nie zabija. Zamyka się je po spektaklu w ciasnych klatkach. W kulturze innych krajów, są rozrywki polegające na zabijaniu zwierząt. To znaczy "walce" zwierzęcia z człowiekiem. Czasami może zginać i człowiek co dodaje pikanterii spektaklowi. Oszalałe ze strachu zwierzęta, przegania się też przez miasto, a gawiedź ucieka i stara się je skrzywdzić. Ku czci, oczywiście, pewnego świętego. Taka wiekowa tradycja i chyba nie wolno jej zmieniać. Kto wie, czy nie jest na liście dziedzictwa kulturowego ONZ. Nie sprawdzałem, lecz nie byłbym zdziwiony.
Dzikie zwierzęta, dostarczają też innej rozrywki. To rzecz stara, pierwotna, omszała mitami i  rytuałami. Ma własny hermetyczny język. Trzeba być kimś (lub mieć coś) aby się tam dostać. Polowania. Od jakiś 200 lat, człowiek nie musi tego robić,  aby zaspokajać głód. Myślistwo stało się sportem, pasją, hobby. Na polowaniach ( a właściwie po nich) załatwia się różne sprawy. Polują ludzie wpływowi, majętni. Warto tam być. Oczywiście jest tzw. etos myśliwski. Koła łowieckie dokarmiają zwierzynę zimą (aby mieć do czego strzelać w następnym roku) i regulują populację (naruszoną przez nich samych). Słyszałem wiele takich historyjek (zjadanie dziczyzny, bo jest zdrowa, rozdawanie mięsa ubogim itp.). Problemem jest to, że służby leśne znakomicie poradziłyby sobie z tym. Nie wiem, co musi obudzić się w prawym człowieku, żeby dla rozrywki zabijać żywe istoty. Ale jak powiedział mi jeden kolega, lekarz i zapalony myśliwy, jestem zbyt głupi, żeby to zrozumieć. Zapewne miał sporo racji.    
Jako młody człowiek, oglądając filmy lub czytając książki o II WŚ i zbrodniach nazizmu , zastanawiałem się, jak naród niemiecki, który wydał Bacha i największych naukowców przełomu XIX i XX wieku, był zdolny do czegoś takiego. Myślę, że dziś znam odpowiedź na to pytanie. Na moich oczach w kraju, który był po wieloletniej opresji totalitaryzmów, "wzorcem z Sèvres", walki o wolność i różnorodność poglądów, dzieją się rzeczy niewyobrażalne. Naznacza się grupy ludzi, które nie pasują do poglądów władzy. Nie ma jeszcze opasek, z symbolami "zhańbienia wartości, drogich sercu każdego Polaka", ale nie zdziwię się, jeśli się pojawią. Profesorowie uniwersyteccy, którzy powinni uczyć młodzież tolerancji, szacunku do odmienności, nazywają tych, którzy nie wyznają ich własnych poglądów zarazą. Przypisują im cechy fizyczne, w ich oczach, odrażające. Kiedy ktoś próbuje ich napiętnować (odradzam władzom uniwersyteckim) stają się męczennikami sprawy polskiej i ofiarami "obcych ideologii". Problem w tym, że jako dziecko w latach 60-tych słyszałem już tę retorykę. 
Żeby była jasność, pierwszy "podniosę kamień" (nie ten z Białegostoku), jeśli ktoś jakiejkolwiek wiary, poglądów czy orientacji, zacznie zmuszać mnie lub moich rodaków do takich czy innych zachowań. Obojętnie czy będzie to zakaz sprzedaży alkoholu, prezerwatyw czy innych produktów, czy też nakaz abym w dany dzień, pościł czy robił coś, bo tak naucza kościół katolicki, Mahomet czy Potwór Spaghetti. W tym kraju jest prawo, na które zgodziliśmy się wszyscy i żadne widzimisię religijne czy korporacyjne, nie zmieni tego z moją aprobatą.  Obawiam się jednak, że niebawem dostane tę opaskę na rękaw, a wielu P.T. Czytelników owego tekstu, przyklaśnie temu.
 Na koniec wróćmy do bajki. Zapytacie jak poradziła sobie królewska para. Tak jak przypuszczaliście. Napili się szalonej wody. Żyli długo i szczęśliwie, mieli dużo dzieci, a dzięki programowi 500+ , również dużo pieniędzy. Okazało się, że poddani to szlachetni i wspaniali ludzie. Czegóż właściwie chcieć więcej?

czwartek, 30 maja 2019

Eksperymenty na samym sobie w dziejach nauki i medycyny


Zacznijmy, jak prawdziwi naukowcy, od zdefiniowania problemu. Czym jest eksperyment naukowy? Odpowiedź daje niezawodna "Wikipedia", przyjaciółka polityków i studentów: "Eksperyment (łac. experimentum - doświadczenie, badanie) - w naukach przyrodniczych i społecznych, zbiór działań wzbudzających w obiektach materialnych określone reakcje i zjawiska w warunkach pozwalających kontrolować wszelkie istotne czynniki, które poddaje się dokładnej obserwacji". Interesujące jest to, że w naukach społecznych, w tym psychologii, doświadcza się, właściwie tylko na człowieku. Kilka takich eksperymentów jak choćby stanfordzki , przeszło do zbiorowej wyobraźni i wiedzy. Trudno bowiem badać zachowania społeczne szczurów i ekstrapolować je na zbiorowiska ludzkie (choć, czy na pewno nie?). Pewne badania (obserwacje) dotyczące Naczelnych, mają za zadanie raczej ustalenie poziomu rozwoju tych ostatnich, w odniesieniu do człowieka. Eksperymenty fizyczne, chemiczne czy astronomiczne, to podstawa rozwoju tych dziedzin nauki i odbywają się w laboratoriach. Są wykonywane za pomocą, coraz to doskonalszych przyrządów, jak na przykład Large Hadron Collider, ale mają też miejsce poza nasza planetą, gdzie rolę laboratoriów pełnią obserwowane gwiazdy, galaktyki czy mgławice. 
Problem pojawia się, gdy chcemy dowiedzieć się (a chcemy), jak człowiek będzie reagował na dany lek, substancję, działanie fizyczne czy zabieg. Jakkolwiek toczyły się losy nauki, zawsze eksperyment na człowieku, zwłaszcza o niepewnym wyniku, był swego rodzaju tabu. Oczywiście, wykonywano wiwisekcje na więźniach czy sekcje zwłok, jednak większość doświadczeń dotyczyła zwierząt. Liczbę stworzeń poświeconych w imię nauki, na bardziej, lub mniej uzasadnione eksperymenty, można szacować w dziesiątkach milionów. Nie da się przecenić tego, czego dokonano dzięki tym badaniom. Wiele istot jednak oddało życie w imię ludzkiej próżności, jako króliki doświadczalne (często dosłownie) w przemyśle kosmetycznym. Coraz więcej głosów społecznego sprzeciwu, wobec okrutnych nieraz praktyk, które pojawiły się już w XIX w. spowodowało, że wykorzystywanie zwierząt jest obecnie obwarowane różnymi ograniczeniami. Nadzieję budzą doświadczenia na hodowlach tkankowych czy pojedynczych komórkach.
Działania wojenne, zwłaszcza w XX w., połączone z okupacjami olbrzymich terytoriów, dostarczały naukowcom materiału do badań w postaci jeńców i więźniów. Ideologie nazizmu czy japońskiego imperializmu, usprawiedliwiały to, gdyż całe narody czy grupy etniczne, traktowano gorzej od wspomnianych wyżej doświadczalnych zwierząt. W świadomości zbiorowej przykładem tego typu badań jest dr Joseph Mengele. W swoich eksperymentach na Romach i Żydach, próbował dociec jak można zwiększyć ilość ciąż mnogich. Chodziło o to, aby aryjskie matki rodziły więcej czystych rasowo ludzi. Z kolei prof. Hubertus Strughold,  prowadził w Dachau  badania naukowe nad wpływem obniżania ciśnienia na organizm ludzki ( loty na dużych wysokościach, a w przyszłości kosmiczne). Miał na sumieniu co najmniej osiemdziesięciu  ludzi. Wszystko to było, (z zachowaniem proporcji) igraszką, wobec badań mikrobiologicznych na ludziach, prowadzonych w tzw. Oddziale 731 przez naukowców japońskich. Okrucieństwo doprowadzone do granic, jakich wcześniej, ani później nie przekroczył chyba żaden uczony. Prawie nikt nie poniósł kary za swoje czyny. Mengele wraz z dziesiątkami innych zbrodniarzy (Eichmann, Barbie i inni "obrońcy wiary i wartości"), z pomocą Kościoła Katolickiego uciekł do Argentyny. Strugholdem "zaopiekowały" się służby specjalne USA i wkrótce dzięki jego doświadczeniu rakietami skonstruowanymi przez innego zbrodniarza Wernera von Brauna, Armstrong wykonał "wielki skok dla ludzkości" na Księżycu. Po parodii procesu, zbrodniarze japońscy, za dokumentację i wiedzę o zabijaniu za pomocą bakterii, ocalili życie i wolność , produkując dla "wuja Sama" broń biologiczną.
Wszystko to spowodowało konieczność kodyfikacji zasad badań na człowieku. Po serii procesów nazistowskich lekarzy w Norymberdze, Aliancki Trybunał Wojskowy w roku 1947, sformułował dziesięć zasad, których należy przestrzegać w takowych badaniach. W 1964 ogłoszono tzw. Deklarację Helsińską, która uszczegółowiała wspomniane ustalenia. W 1975 oba akty połączono, a same zasady kilkakrotnie aktualizowano. Najważniejsze w doświadczeniu na człowieku są świadoma zgoda, oraz całkowity brak zależności od badacza.
W dziejach byli też i tacy, którzy postanowili  sprawdzić działania leku, trucizny czy zarazków na sobie. Nawet w literaturze znajdziemy nawiązanie do tego faktu, choćby w noweli "Doktor Jeckyl i pan Hyde" pióra R.L. Stevensona. A jak w "realu"? Allen B. Weisse w pracy "Self-Experimentation and Its Role in Medical Research" (Tex Heart Inst J. 2012; 39(1): 51–54.) podaje  514 udokumentowanych przypadków, z czego 49 przed rokiem 1800. Pozostałe 465 miały miejsce w dwóch następnych stuleciach. Ciekawy jest fakt, że 89% postawionych przez "samoeksperymentatorów" tez, zostało udowodnionych. Niezwykle wysoki to odsetek. Dwunastu naukowców doświadczających na sobie, otrzymało Nagrodę Nobla, choć nie zawsze za owo właśnie odkrycie. Ośmiu zmarło, płacąc najwyższa cenę za potwierdzenie jakiejś prawdy.
Daniel Alcides Carrión (1857- 1885) student medycyny z Limy, postanowił dowieść, że tzw. gorączka Oroya i brodawka peruwiańska, to objawy te samej choroby. Z pomocą kolegów, dokonał  inokulacji krwią, pochodzącą od chłopca z objawami brodawki. Po kilku dniach rozpoczęły się objawy gorączki Oroya i Daniel zmarł. Jednego z kolegów oskarżono o morderstwo i został skazany. Po latach Alberto Barton, odkrył przyczynę choroby, w postaci bakterii nazwanej  Bartonella bacilliformis. W 1991 Carriona ogłoszono bohaterem narodowym,  pochowano w mauzoleum, a na jego cześć nazwano uczelnie medyczne i  prowincję w regionie Peru, zwanym Pasco.
Pozostańmy w Ameryce Południowej. Trudno nie  dostrzec, patrząc na mapę świata,  że przesmyk panamski, to znakomite miejsce na przemieszczanie się między oceanami. A jaki punkt strategiczny! Były już doświadczenia z Kanałem Sueskim, więc wydawało się, że przekop panamski będzie prosty. Niestety. Panowała tu żółta febra i robotnicy umierali w męczarniach. Chorobę badano już od lat, a nadal nie widomo było, jak jest przenoszona i co ją powoduje. Rząd USA, powołał zatem w roku 1900 Komisję do Walki z Żółtą Febrą. W jej skałd wchodzili między innymi Walter Reed, James Carroll i Jessee Lazear. Członkowie komisji różnili się poglądami, co do roli komarów w przenoszeniu żółtej febry. Jedynie Lazear był tego pewny. Wobec tego zdecydowano się na eksperyment poprzez narażenie człowieka na ukąszenie komara, który miał kontakt z chorym. Pierwszy zgłosił się Carroll - ciężko zachorował ale przeżył (prawdopodobnie przeszedł chorobę subklinicznie i był immunizowany).Wobec wątpliwości (nie było pewne czy istotnie komar kąsał chorego), zaraził się Lazear - zachorował i zmarł. Teza została udowodniona… . Wkrótce opracowano szczepionkę (Max Theiler). A po kilku latach, pierwszy statek pokonał przesmyk.
Aleksander Bogdanow (Malinowski) 1873-1928 urodził się w Sokółce na terenie dzisiejszej Polski. Ukończył medycynę w Charkowie, gdzie zetknął się Partią Komunistyczną. Aresztowany i zesłany na Sybir, uciekł z katorgi do Szwajcarii. Kontynuując działalność polityczną zaczął krytykować Lenina. Powrócił do Rosji korzystając z amnestii. W latach dwudziestych  rozpoczął leczenie, polegające na przetaczaniu krwi młodych osób, które miało zatrzymać proces starzenia. Z owej kuracji skorzystała ponoć siostra Włodzimierzem Ilicza. Sam Bogdanow, według relacji świadków odmłodniał, przestał łysieć i ogólnie "poprawił się". Niestety owe faustowskie mrzonki zakończyły się fatalnie. Po kolejnej transfuzji Aleksander Aleksandrowicz umarł. Nie jest jasna przyczyna śmierci. Być może student zarażony był gruźlica i malarią, lub - co bardziej prawdopodobne - przetoczono obcogrupową krew. Pamiętajmy, że transfuzjologia dopiero się rozwijała.  Dziś wiele prywatnych praktyk proponuje podobne terapie z osoczem bogatopłytkowym. Idea Bogdanowa więc nie umarła wraz z nim.
Niektórzy sądzą, że śmierć Marii Skłodowskie-Curie miała związek z jej badaniami nad pierwiastkami radioaktywnymi. Prawdopodobnie jednak, nie.  W czasie I Wojny nasza noblistka wykonywała zdjęcia RTG. Sama prowadziła samochód - rentgen. Ówczesne aparaty "siały" niemiłosiernie i otrzymała potężną dawkę promieniowania. To prawdopodobnie przyczyniło się do jej dość wczesnej śmierci z powodu nowotworu krwi.
Były też zgony "przy okazji" badań. Artur Bacot, żył na przełomie XIX i XX wieku. Nie miał wykształcenia uniwersyteckiego (rodziców nie było na nie stać). Interesował się biologią i dokonał wielu odkryć z dziedziny lepidopterologii (nauka o motylach). W czasie I Wojny badał żółtą febrę w Afryce oraz tyfus. Znalazł powiązanie tych chorób z wszami. W 1917 w Warszawie zaraził się tyfusem, na który zmarł 5 lat później w Kairze. 
Narkotyki budzą niepokój lekarzy od wielu lat. Jednym z nich był Edwin Katskee 1902-1936. Postanowił sprawdzić na sobie działanie dużych dawek kokainy. Aby zachować warunki eksperymentu, sporządzał notatki , o tym co sie z nim dzieje. Niestety, doświadczenie zakończyło się jego śmiercią, a notatki nie do odczytania, nie miały żadnego znaczenia. Nie jest do końca jasne, czy był to istotnie eksperyment, czy też samobójstwo.
Więcej szczęścia miał Leon Henryk Sternbach (1908- 2005), syn krakowskiego aptekarza. Studiował i doktoryzował się na UJ. Wojna zastała go w Szwajcarii. Od 1941 przebywał w USA, gdzie zsyntetyzował pierwsze na świecie benzodiazepiny: chlordiazepoksyd (1957), diazepam (Valium) (1959), flurazepam, nitrazepan, klonazepam, także wiele środków bakteriobójczych, przeciwbólowych i przeciwwymiotnych. Testował je na sobie, zapisując doznania. Żył prawie sto lat... .
Największym , jak można sądzić sukcesem, było udowodnienie postawionej hipotezy. Ale była też sława doczesna, taka ludzka, która też jest potrzebna. Od 1901 przyznawane są Nagrody Nobla. Zobaczmy zatem, komu je przyznano za narażanie własnej osoby.  
Werner Forsman, w roku 1929 w Eberswalde ,wprowadził do swego serca poprzez żyłę obwodową, cewnik. Chciał w ten sposób udowodnić, że wprowadzenie ciała obcego do serca nie kończy się śmiercią, a można w ten sposób dokonywać pomiaru ciśnienia i podawać leki. Zignorował zakaz swojego szefa i podstępem "zorganizował " narzędzia. Wprowadził cewnik urologiczny do żyły łokciowej. Następnie udał się do zakładu radiologii i podawszy sobie kontrast, wykonał zdjęcie dokumentujące obecność cewnika w sercu. Wkrótce Forrrsman podał nową drogą leki dosercowo krytycznie chorej, co poprawiło jej stan. Otworzyła się kolejna brama terapii.  Po podjęciu pracy w Klinice Charité, nie spotkał się ze zrozumieniem ze strony Ferdynanda Saurebrucha. Ten genialny skądinąd chirurg, nie dostrzegł otwartych wrót nowej dziedziny medycyny. Forrsman w 1956 otrzymał Nagrodę Nobla. Jego synowie również zasłużyli się dla medycyny (odkrycie hormonu natriuretycznego i ultradźwiękowej litotrypsji). Nasz noblista niestety w latach 1932-45 należał do NSDAP.
Noblista Piotr Curie, nosił próbki radu w kieszeni. Zauważył po jakimś czasie, że na skórze powstają pęcherze i owrzodzenia. Postanowił sprawdzić to i na własnym przedramieniu eksperymentował z radem. Poniekąd  otworzyło to drogę do współczesnej radioterapii, zwanej wcześniej curieterapią.  W Paryżu pracował też Ilja Iljicz Miecznikow (1845-1916). Ten genialny rosyjski naukowiec otrzymał najwyższą nagrodę naukową w 1908 za odkrycie zjawiska fagocytozy. Borykał się z depresją i podjął dwie próby samobójcze z kokainą oraz bakteriami duru powrotnego (cierpiała na to jego żona i chciał w ten sposób  odkryć „przy okazji” jak rozwija się choroba). Eksperymentował też na sobie z bakteriami cholery. Zostańmy jeszcze na chwilę we Francji. Charles Jules Henri Nicolle (1866 -1936), Francuski bakteriolog, udowodnił, że dur plamisty roznoszą wszy. Współpracował z Rudolfem Weiglem, o którym za chwilę. Nicolle, wprowadził do nauki pojęcie nosicielstwa - „niewidoczne choroby” (fr. maladies inapparentes). Próbował uzyskać szczepionkę, którą testował na sobie ( nie spełniła oczekiwań). Nagrodę Nobla odebrał w 1928.
Rudolf Weigl, z urodzenia Austriak, a z wyboru Polak. Genialny mikrobiolog. We Lwowie prowadził Instytut, w którym powstała skuteczna szczepionka przeciw durowi plamistemu. Opracował metodę zakażania wszy i ich karmienia. Niestety jego działalność przypadła na tragiczny okres II Wojny Światowej i dwóch okupacji sowieckiej i niemieckiej. To oddzielna historia , której poświęcono kilka książek. Tymczasem, kiedy już powstała pierwsza szczepionka, Weigl nie był pewien jej działania u ludzi. W laboratorium pracowało małżeństwo Martynowiczów (Michał i Rozalia). On przechorował wcześniej tyfus, ona nie. Zaszczepiła się zatem bez zgody szefa, a mąż celowo zaraził ją. Nie zachorowała…. Szczepionka uratowała miliony ludzi. Niestety na skutek układów politycznych (sowiecko-niemieckich)  Weigl nie dostał Nagrody Nobla. Uzasadniano tym, że za badania nad durem, już przyznano ją Nicollowi.
Ktoś mógłby pomyśleć, że esksperymentowanie na sobie skończyło się wraz z II Wojną Światową. Przecież nauka rozwinęła się już tak bardzo, że tego typu doświadczenia nie były już potrzebne. Nic bardziej mylnego. W początkach lat 80-tych XX w. w oddalonych od siebie krainach, miały miejsce ważkie wydarzenia. W dalekiej Australii, dwaj panowie dzięki wyjazdowi na wielkanocne wakacje, odkryli H. pylori. Nie otrzymali zgody na badania na ludziach, więc postanowili, że jeden z nich (Marshal), na sobie sprawdzi postulaty Kocha. Udało się i obaj panowie 10 12. 2005 odwiedzili Filharmonię w Sztokholmie. W tym samym czasie w Afganistanie, dzielna i niezwyciężona (do tej wojny), Armia Czerwona broniła socjalizmu przez mudżahedinami. Niestety tajemnicza choroba wykluczała wielu żołnierzy z akcji. Włodarze Kremla wysłali więc na pole walki wybitnego mikrobiologa, aby ten, określił co za paskudztwo przeszkadza w zwycięstwie. Michaił Balajan, szybko zorientował się, że toto przenosi się drogą oralno-fekalną. Pojawił się problem. W miejscu gdzie się znalazł, było sporo czołgów, rakiet i kałasznikowów, ale żadnego mikroskopu, zwłaszcza elektronowego. Aby przetransportować żyjątko do Moskwy, Balajam sporządził zawiesinę kału chorego i wypił ją. W stolicy, zbadał swój kał (miał już objawy) i odkrył nowy typ wirusa hepatotropowego typu E.   
Bywało i tak, że obiektem eksperymentu "in extremis" stawali się najbliżsi. Urodzony na terenie dzisiejszej Polski (Łagów), Gerhard Domagk (1895-1964), odkrył antybakteryjne działanie sulfonamidów. Kiedy u jego córki rozwinęła się ropowica kończyny górnej i jedynym ratunkiem była wówczas amputacja, postanowił zastosować "Prontosil". Infekcja ustąpiła. Domagk był antyfaszystą. Gdy w roku 1939 otrzymał Nagrodę Nobla, został aresztowany przez Gestapo na tydzień. Noblowski medal odebrał w 1947 , niestety już bez czeku.    
Zjawisko śmierci od zawsze pasjonowało ludzi. Do dziś można przeczytać opowieści o oglądaniu własnej reanimacji "z wysoka", o babci z dziadkiem machającym na powitanie w niebiesiech i kojącym świetle, za którym w zależności od wyznawanej wiary, kryje się odpowiedni bóg. Ponoć, kiedy ścinano głowy w okresie Rewolucji Francuskiej, naukowcy umawiali się ze skazanymi, że mają mrugnąć (po ścięciu) w odpowiedzi na zadane pytanie. Rumuński badacz - lekarz sądowy Nicolae Minovici 1860-1941 postanowił zatem zbadać problem na sobie. Prowadził eksperymenty z wieszaniem ciała ludzkiego (swojego). To czego doznał, opublikował w artykule "Etude sur la pendaison".
Lekarze nie tylko - co nie dziwi wcale, interesowali się śmiercią ale i terapią. Również samego siebie. Amerykański chirurg Evan O’Neill Kane (1861-1932) chyba nie ufał jednak swoim kolegom po fachu. Kiedy zaszła potrzeba amputacji palca (własnego), sam wykonał zabieg. Dwa lata później, fatum dało znać o sobie ponownie i pojawiły się objawy zapalenia wyrostka. I tym razem operator był jednocześnie pacjentem.  Jedenaście lat po tej self-appendektomii zaprawiony w chirurgii własnego ciała  Evan poradził sobie doskonale operując przepuklinę. Jak wynika z biografii w tym samym roku zmarł... . Minęło 30 lat, kiedy to wśród mrozów i zamieci śnieżnych na Antarktydzie zapalenie wyrostka wywiązało się u Leonida Rogozowa - lekarza, uczestnika radzieckiej wyprawy antarktycznej.  Znając doświadczenia  O’Neill Kane'a Rosjanin wykonał w znieczuleniu miejscowym appendektomię u samego siebie, ratując własne życie.
Jak wspomniano, samoeksperymentów było kilkaset. Nawet wielcy naukowcy, mylili się czasami. John Hunter (1728 -  1793) słynny chirurg szkocki  uważał,  że kiła i rzeżączka to jedna choroba.  Max Joseph von Pettenkofer 1818-1901 z kolei próbował udowodnić na sobie, że w przeciwieństwie do twierdzeń Kocha,  za choroby odpowiadają czynniki higieniczne, a nie tylko bakterie. Wypił zatem bulion z zarazkami Vibrio cholreae i popił sodą oczyszczoną (aby zneutralizować kwas solny). Okazało się, że był już immunizowany przeciw cholerze, stąd objawy były lekkie i przeżył. Z "ciekawszych" eksperymentatorów wymieńmy na koniec kilku.  Robert Boyle (1627-1691) - testował na sobie leki „odmładzające”. Isaac Newton (1642/1643-1727) - wbił sobie szpikulec w oczodół , opisując doznania optyczne .Francis Galton (1822-1911) - twórca eugeniki , kuzyn Darwina. Testował na sobie leki z apteczki wg. alfabetu . Dotarł do C (olej krotonowy o działaniu przeczyszczającym. To go chyba zniechęciło… . Allan Walker Blair (1900-1948) - pozwolił się ukąsić „czarnej wdowie” I tak dalej.
Co będzie dalej? Trudno powiedzieć.  Na pewno, jasno określone kryteria etyczne (przynajmniej w teorii). Publikacje badań opartych na wspomnianych zasadach. Problemem jest odmienne prawo w tej materii w wielu krajach i to, że ludzka ciekawość nigdy nie jest zaspokojona … .

niedziela, 17 marca 2019

Kobiety w nauce i medycynie


"Albowiem wszelkiemu mającemu będzie dano, i obfitować będzie, a temu, który nie ma, i to, co się zda mieć, będzie wzięto od niego." (Mt 25, 29).

Powyższy cytat z Ewangelii Mateuszowej, odzwierciedla, według Roberta Mertona, amerykańskiego socjologa, narastanie nierówności społecznych i ekonomicznych. Zdaniem niektórych badaczy, można ów fenomen, zwany efektem św. Mateusza, zastosować  również  do sytuacji kobiet w nauce i w życiu społecznym. Historycznie rzecz ujmując, była ona nienajlepsza. Przykładem niech staną się wypowiedzi wielkiego dramatopisarza Augusta Strindberga. Oto dwa cytaty: Epoce naszej przypadło w udziale dokonanie odkrycia, że w porównaniu z ustrojem męskim ustrój kobiecy jest mniej rozwinięty, jest formą, której rozwój został powstrzymany w okresie przejściowym między młodością a wiekiem dojrzałości” oraz  „Czaszka kobiety z rasy białej jest zbliżona do czaszki Murzyna. Fakt ten doprowadza nas do niewątpliwego wniosku, że czaszka kobiety z rasy białej zbliża się do typu czaszek właściwych rasom, stojącym na niższym stopniu rozwoju”. Dzisiaj takie wypowiedzi, zarówno mizoginiczne jak i rasistowskie, prawdopodobnie przerwałyby karierę pisarza. Wówczas nie dziwiły nikogo. I rzeczywiści do tego chóru mizoginów dołączali ludzie, z pozoru światli i wykształceni. Ludwik Rydygier, na własny koszt zamieszczał w prasie ogłoszenie treści: „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety lekarza”. Twierdził też, że „ mężczyźni nie doznają podobnych jak kobiety przerw w spełnianiu czynności zawodu publicznego” (Tygodnik Ilustrowany; 1896).Nasz patron posunął się nawet do czynnego zwalczania kobiet w zawodzie, o czym niżej. Jako jedna z pierwszych zwróciła uwagę na dyskryminację kobiet w nauce, Matylda Joslyn Gage, amerykańska XIX -wieczna feministka i abolicjonistka. Często też, opisane fakty  nazywa się  „zjawiskiem Matyldy”. Rzecz jasna, nie wszyscy tak myśleli i działali. Prof. Adam Wrzostek w roku 1899 stwierdził : „Teraz, gdy już setki kobiet praktykuje, spór  o to, czy kobieta może zostać lekarką - stał się zbyt akademicki [...]. Nam się zdaje, że kobieta przez to samo, że jest zdolna zostać lekarką, ma prawo nią być”.
Powstaje zatem pytanie. Czy nauka jest mężczyzną? Historia ostatnich stuleci, a nawet dziesięcioleci wydawałaby się to potwierdzać. Pierwsza kobieta uzyskała habilitację na UJ w roku 1910, prawie 600 lat od powstania tej uczelni. W dziejach nauki polskiej, pierwsza kobieta objęła funkcję rektora (SGGW), w roku 1981!Na początku XX w. w Oksfordzie kobiety potrzebowały zgody na uczestnictwo w wykładach i nie mogły uzyskiwać stopni naukowych. Wśród indywidualnych laureatów Nagrody Nobla, kobiety stanowią tylko 5,4%. Tu chwalebnym wyjątkiem jest M. Skłodowska –Curie, która jako jedyna kobieta odwiedziła Sztokholm dwa razy. Dlaczego tak było? W dalszej części artykułu, będzie o tym kilka słów. Dwudziesty wiek przyniósł znaczne, lecz powolne zmiany. Nadal jednak pokutują stereotypy, że kobieta nie powinna być chirurgiem, a już broń Boże, ortopedą. Bo to takie "męskie" zawody.
Kobiety –lekarki i położne pojawiają się już w starożytnym Egipcie. Najstarsze doniesienia dotyczą Merit-Ptah (ukochana boga Ptaha), lekarki i położnej żyjącej około 2700 roku p.n.e. (II-ga Dynastia). Jej podobizna znajduje się w jednym z grobowców w Sakkarze.  Około sto lat później działała Peseshet, która nosiła tytuł „pani nadzorca lekarzy”. Nie jest  pewne czy sama wykonywała ten zawód, a być może ukończyła szkołę położnych w Sais. Nauki medyczne, jak wiadomo doskonale rozwijały się w basenie Morza Śródziemnego. W Grecji również kobiety, mniej lub bardziej oficjalnie,  zajmowały się leczeniem. W XII w. p.n.e. , na poły legendarna Agamede , córka króla Augiasza (tego od stajni, które oczyścił Herakles), według Homera, była zaznajomiona ze wszystkimi roślinami leczniczymi rosnącymi na ziemi. Jeszcze ciekawszą postacią była Agnodice. Żyła w Atenach w IV w. p.n.e. . Studiowała u Herophilusa w Aleksandrii, który jako pierwszy opisał jajniki. Powróciwszy do Aten, nie mogła jako kobieta praktykować. Przebrała się zatem za mężczyznę i zaczęła odnosić wielkie sukcesy. Zazdrośni koledzy oskarżyli ją o molestowanie pacjentek. W czasie rozprawy przed Areopagiem, zdjęła szaty. Przed karą za załamanie prawa wybroniły ją żony znanych Ateńczyków, którym uratowała życie. Wkrótce zmieniono też prawo.
W języku potocznym  słowo "hetera" ma raczej wydźwięk pejoratywny. Tymczasem w starożytnej Grecji oznaczało  piękną i wykształconą kobieta lekkich obyczajów, kurtyzanę rzec by  można "z klasą". Były przyjaciółkami i muzami największych ówczesnych mędrców. Jedna z nich, Hetera Lais, z przełomu V i IV w. p.n.e, przyjaźniła się z Diogennesem i Arystypem. Pliniusz Starszy uznawał jej kompetencje w leczeniu wodowstrętu i malarii. Przekazał też jej recepturę na lek na tę chorobę, którego głównym składnikiem była krew menstruacyjna. W naszej erze działały takie kobiety-lekarki jak Antiochis z Tlos, z której pism korzystali Galen i Asklepiades z Bityni, czy Metrodora, autorka najstarszego tekstu medycznego napisanego przez kobietę: Περὶ τῶν Γυναικείων παθῶν τῆς μἠτρας (O chorobach i leczeniu u kobiet). Tekst ów składający się z 63 rozdziałów, był tłumaczony w średniowiecznej Europie. Żyjąca w IV w n.e. Aspazja Lekarka, zasłużyła się dla położnictwa, wprowadzając obrót wewnętrzny płodu, w przypadkach niekorzystnego ułożenia. Pisma starożytne wymieniają jeszcze wiele nazwisk kobiet zarówno działających w Grecji jak i Imperium Rzymskim, określanych w zależności od języka, jako  "maia kai iatros" lub "obsterix et medicae" czyli położna i lekarka.
W wiekach średnich  zaczęły powstawać pierwsze uniwersytety,  jednak kobiety nie mogły w nich studiować. Jedynym wyjątkiem był Uniwersytet Boloński, który od chwili powstania w 1088 zezwalał kobietom na dostęp do studiów. O polskim śladzie w tej materii przeczytamy niżej. Również Szkoła Medyczna z Salerno dopuszczała kobiety zarówno do nauki jak i wykładów. Nauczała tu (głównie panie z domów arystokratycznych) Trotula z Salerno. Była współautorką dzieła „De curis mulierum” („O leczeniu kobiet” i autorką „Practica secundum Trotam” („Praktyka według Troty”) obejmującego leczenie niepłodności, zaburzeń miesiączkowania, a także ukąszeń przez węże czy zagadnienia kosmetyczne. Wspomniane pisma odnaleziono częściowo w USA w tzw. „Manuskrypcie madryckim”. Inna lekarka Dorotea Bucca, wykładała na wspomnianym Uniwersytecie Bolońskim przez ponad czterdzieści lat około roku 1390.  Ówczesne pisma wymieniają nazwiska jeszcze kilkudziesięciu pań , zajmujących się  medycyną naukową. Nie możemy zapominać o tysiącach zielarek i innych kobiet, zajmujących się leczeniem z dala od dworów czy sal uniwersyteckich. W 1474 r. papież Sykstus IV wprowadził prawo surowo zabraniające prowadzenia praktyki lekarskiej bez stosownego dyplomu. Dominica de Rubens w 1533 r. uzyskała licencjat z nauk lekarskich, który odebrano jej, gdy postanowiła starać się o stopień doktorski.
W Polsce tymczasem kobiety pragnęły zapewne studiować, lecz nie mogły. Młoda Wielkopolanka (są także sugestie , że pochodziła z Golubia-Dobrzynia),  imieniem Nawojka, uciekła się do podstępu. Przybywszy do Krakowa , w męskim przebraniu, wstąpiła w szeregi studentów przesławnej krakowskiej wszechnicy. Studentem (-tką?) okazała się wybitną. Jednak została rozpoznana przez kogoś ze znajomych lub też, jak głosi legenda, w czasie "Lanego Poniedziałku" oblana wodą, ujawniła swe kobiece wdzięki. Od srogiej kary wybawili ją profesorowie Akademii, zaświadczając o jej moralności i pilności w nauce. W efekcie skierowano ją do klasztoru, gdzie wkrótce została przeoryszą.  Jeśli już mowa o podstępie w imię wyższych celów, to uciekła się do niego także pierwsza polska dentystka Józefa Serre. W roku  1813 r. przyjechała do Krakowa Józefa Serre wraz z mężem „dentystą, członkiem chirurgicznej Akademii w Metz i Cesarsko-królewskiego medyczno – chirurgicznego Fakultetu wiedeńskiego” i innych uczelni europejskich, Janem Jakubem Józefem Serre.  Wkrótce potem mąż zmarł, a pani Serre poprosiła  o dopuszczenie jej do egzaminu upoważniającego do prowadzenia praktyki dentystycznej. Egzamin zdała wzorowo i patent otrzymała. Okazało się po pewnym czasie, że pan Serre żył jeszcze długie lata i praktykował w Berlinie, umożliwiając w ten sposób żonie karierę.
Oświecenie nie przyniosło zmian, których można by się spodziewać. W samej Francji, kolebce epoki, w roku 1755  wydano dekret zabraniający kobietom prowadzenia praktyki lekarskiej (w tym i dentystycznej). Jednak wiele pań prowadziło salony, w których spotykali się filozofowie i uczeni. One same też prowadziły badania, a nawet wykładały na uniwersytetach (fizyczka, Laura Bassi w Bolonii). Pani Lavoisier (żona sławnego chemika) pobierała także lekcje rysunku u znanego malarza Jacques-Louis Davida ("Śmierć Marata")  i osobiście wykonała 14 rycin do rewolucyjnego dzieła swojego męża Traité Élémentaire de Chimie (1789). Pani Lavoisier prowadziła mały, lecz aktywny salon naukowy i korespondowała z wieloma francuskimi naukowcami i naturalistami, którym imponowała swoją inteligencją. Badania naukowe nad naturą gorąca kontynuowała także. po zgilotynowaniu jej męża w 1794. Wiek XIX przyniósł powolne lecz znaczące zmiany. Liczba kobiet studiujących wzrastała. W 1892 r. na wydziale lekarskim w Paryżu uczyły się 134 kobiety (103 Rosjanki, 18 Francuzek, 6 Angielek i 7 różnych innych narodowości). Wśród Rosjanek znajdowały się Polki, gdyż taką narodowość musiały podać, jako poddane cara. Jedną z nich była siostra Marii Skłodowskiej, Bronisława. W Niemczech Dorothea Christiana Erxleben, ukończywszy uniwersytet w Halle w 1754 r., została pierwszą kobietą na świecie, która otrzymała promocję na doktora nauk lekarskich. Elizabeth Blackwell (1821-1910) urodziła się w Anglii.  Po przyjeździe do USA, początkowo sama uczyła się  medycyny. Rozpoczęła starania o podjecie studiów w Geneva College w Nowym Jorku. Dostała się tam na skutek "żartu" . Otóż władze uczelni, postanowiły zapytać studentów (mężczyzn), czy zgodzą się na przyjęcie do ich grona kobiety. Myśląc, że to jakiś żart , zagłosowali na "tak".  11 stycznia 1849 Elizabeth,  jako pierwsza kobieta uzyskała tytuł doktora medycyny w USA. Nie mogła praktykować w publicznych szpitalach, założyła więc własny. Była feministką i abolicjonistką. W 1869 wróciła do UK (jako pierwsza kobieta lekarz), gdzie współpracowała miedzy innymi  z F. Nightingale. Ta najsłynniejsza w dziejach pielęgniarka, pochodziła z zamożnej rodziny. W wieku 24 lat oznajmiła, ku rozpaczy rodziny, że chce być pielęgniarką ( w owych czasach zawód wykonywały kobiety z nizin społecznych ( często nawet byłe prostytutki). Profesji zatem uczyła się w Niemczech. Po powrocie do UK, w 1853 przyjęła stanowisko przełożonej w Zakładzie Opieki dla Chorych Dam w Londynie. W czasie Wojny Krymskiej (1853–1856), zmieniła całkowicie myślenie o pielęgniarstwie i zrewolucjonizowała je. Wprowadziła 24-godzinną opiekę nad rannymi, również nocną . Na rycinach przedstawiana jest z lampą, przechadzająca się wśród chorych. Stąd jej przydomek "The Lady with the lamp". W 1860 założyła w Londynie przy Szpitalu św. Tomasza pierwszą szkołę pielęgniarstwa – The Nightingale Training School.
W XIX-wiecznej Polsce, sytuacja polityczna , zmuszała wielu rodaków i rodaczki do poszukiwania możliwości kształcenia poza granicami. Charakterystyczne dla życiorysów Polek,  lekarek- pionierek było to, że łączyły naukę i pracę z działalnością społeczną czy polityczną, zazwyczaj lewicowej proweniencji.  Siostra Marii Skłodowskiej, Bronisława po wstępnej edukacji w Polsce wyjechała studiować medycynę w Paryżu, gdzie wyszła za mąż za emigranta politycznego. Maria wspomagała ją finansowo, pracując jako nauczycielka dobrze urodzonej młodzieży. To na jej zaproszenie, Maria przybyła do Paryża.  Bronisława w 1902 powróciła z mężem do Polski i w Zakopanem, a później w Warszawie zajmowała się leczeniem gruźlicy. Została też, już w wolnej Polsce, pierwszym Dyrektorem Instytutu Radowego.  Anna Tomaszewicz-Dobrska (1854-1918), urodziła się w Mławie (ojciec był oficerem carskim w tamtejszej twierdzy).  Już w wieku 15 lat oświadczyła, że chce studiować medycynę w Zurychu. Do studiów przygotowała się starannie i ukończyła je z wyróżnieniem. Po powrocie do  Warszawy sądziła, że bez przeszkód odda się wymarzonej pracy. Niestety  spotkało ją rozczarowanie. W styczniu 1878 r. w tajnym głosowaniu przepadła jej kandydatura do Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego. Przeciwny był miedzy innymi  L. Rydygier. Popierali ją Bolesław Prus i inni światli ludzie. Wobec takiej sytuacji udała się  do St. Petersburga i tam  nostryfikowała dyplom. Po dwóch latach powróciła do stolicy i wyszła za mąż. Pracowała w Przytułku Położniczym, wspieranym przez fabrykanta Kronenberga, przez 30 lat. Zajmowała się też równouprawnieniem kobiet. Teresa Ciszkiewiczowa (1848-1921) jako nastolatka brała udział w Powstaniu Styczniowym. Dziesięć lat później,  wbrew woli rodziców, rozpoczęła studia medyczne w Brnie. Po powrocie do Polski pracowała jako ginekolog (nostryfikowała dyplom w Petersburgu). W swej działalności politycznej  popierała Józefa Piłsudskiego. Jeszce bardziej lewicowe poglądy reprezentowała Justyna Budzińska-Tylicka (1867-1936). Była córką weterynarza, powstańca styczniowego. Od 1892 studiowała w Paryżu i tam zaczęła praktykę jako ftyzjatra, a późnej ginekolog. W 1905 powróciła do Polski i tu poświeciła się pracy lekarskiej i społecznej. Należała do PPS, gdzie zajmowała wysokie stanowiska (aresztowana na rok w 1931), protestowała przeciw więzieniu przeciwników politycznych sanacji  w Beresie Kartuskiej.  Współpracowała z Boyem-Żeleńskim i Ireną Krzywicką na rzecz świadomego macierzyństwa.
Wróćmy na chwilę do Nagród Nobla. W kilku przypadkach kobiety, które z całą pewnością zasłużyły na nią , zostały pominięte. Lise Meitner  (1878 -1968) urodziła się we Wiedniu w rodzinie żydowskiej. Jako dorosła dokonała konwersji na   protestantyzm. Nie mogąc jako dziewczynka chodzić do gimnazjum, samodzielnie opanowała materiał i po zdaniu matury,  rozpoczęła studia we Wiedniu (u Boltzmana). Po przeniesieniu się do Berlina, była między innymi asystentką Maxa Plancka. Tam poznała Otto Hahna, z którym pracowała ponad 30 lat.  W 1938 uciekła do Szwecji, gdyż na podstawie Ustaw Norymberskich,  uznano ją za żydówkę (po aneksji Austrii). Rok później,  rozwinęła odkrycia Hahna i Strassmanna, dając podstawy do opisu zjawiska rozczepienia jądra atomu. Otworzyło to drogę do wykorzystania energii atomowej. Jako pacyfistka odmówiła udziału w projekcie „Mannhatn”. W roku 1944 Hahn otrzymał nagrodę Nobla. Meitner pominięto.  Rosalind Elsie Franklin, żyła tylko 38 lat. Była krystalografem i współpracowała z Watsonem, Crickiem i Wilsonem w pracach nad strukturą DNA. Dzięki jej słynnemu "zdjęciu nr 51", okazało się, że jest to podwójna helisa. Cztery lata po jej śmieci wspomniani wyżej,  10. 12. 1962, odwiedzili Sztokholm. Pozostaje pytanie, czy w innym przypadku byłoby ich czworo. W połowie lat 60-tuch XX w. , pracująca pod  kierunkiem Antony’ego Hewisha , doktorantka Jocelyn Bell Burnell, odkryła pulsary, czyli rotujące gwiazdy neutronowe. Częstotliwość sygnałów radiowych wysyłanych przez owe ciała niebieskie, była tak idealnie niezmienna, że sądzono iż są to sygnały od obcej cywilizacji. W 1974 Hewish i  Ryle otrzymali Nagrodę Nobla. Burnell została pominięta.  Być może takich sytuacji było więcej. Archiwa noblowskie są utajniane na pięćdziesiąt  lat, a korytarze laboratoriów też maja swoje tajemnice. 
Oczywiście wiele wynalazków i odkryć dokonanych przez kobiety, nie zasługiwało na Nobla,  lub też miały miejsce jeszcze przez ufundowanej owej nagrody. Josephine Cochrane skonstruowała  zmywarkę do naczyń  w 1886, Mary Anderson w 1903,  wycieraczkę samochodową.  Jeszce bardziej "męska" wydają się piła tarczowa, której twórcą jest Tabitha Babbitt (1813) czy wprowadzone w 1965, kamizelki kuloodporne z kevlaru , autorstwa Stefani Kwolek (polskie pochodzenie). W poprawianiu tekstów pomocny jest korektor, którego twórczynią w 1953 była  Bette Nesmith Graham. Martha Coston w połowie XIX w.  zaprojektowała kolorowe flary sygnałowe, dzięki którym,  jak pamiętamy odnaleziono Stasia i Nel.  "Kobiecych" wynalazków jest znacznie więcej. Zapewne używając wielu przedmiotów nie zdajemy sobie prawy z tego kto i kiedy je wymyślił. Wydaje się, że były zawsze, tak jak kobiety w naszym życiu. I niech tak zostanie.