piątek, 23 marca 2018

WYKŁAD, KTÓREGO NIE WYGŁOSIŁEM


Każdy ma jakiegoś świra. Ja przyznaję się do takiego, że na każdą imprezę mam przygotowaną mowę. Nigdy żadnej nie wygłosiłem i jak sadzę nie wygłoszę, ale jest ona w mej głowie. Proszę się nie obawiać, nie ćwiczę ich przed lustrem jak to zwykł czynić przywódca III Rzeszy. Nigdy żadnego wykładu nie próbowałem, nie nagrywałem, aby nauczyć się na pamięć. Mam je w głowie, a część jak mniemam dopiero powstanie. 19.02. 2018 był dla mnie ważnym dniem . Odebrałem z rąk JM Rektora dyplom habilitacyjny. Słuchając wystąpień ludzi znacznie mądrzejszych ode mnie, tak sobie myślałem:
Panie Premierze![1]
Magnificencjo Rektorze!
Wysoki Senacie!
Prześwietni Goście!
Szanowni Państwo!
            W imieniu wszystkich obecnych tu osób, które odebrały dyplomy habilitacyjne i doktorskie, oraz odznaczonych medalami państwowymi i resortowymi chciałbym złożyć podziękowanie, za umożliwienie nam awansu naukowego, a także za dostrzeżenie zaangażowania w pracę naukową, dydaktyczną czy działalność  na rzecz społeczności uniwersyteckiej. Nie jest tajemnicą, że każdy człowiek od swych najmłodszych lat, do chyba końca życia niekiedy potrzebuje potwierdzenia tego, że to co robi jest słuszne i dobre. Potwierdzenie owo nie powinno w żadnym razie pochodzić od podwładnych czy znanych z nazwiska uczniów. Może tak być tylko wtedy, kiedy żegnamy się już zajmowanym kierowniczym stanowiskiem, a podwładni kupują nam (ze szczerego serca) kryształowy wazon czy podobny gadżet z odpowiednia dedykacją. Nagrody zaproponowane przez zwierzchników, a najlepiej decydentów, którzy słyszeli jedynie o naszych przewagach w jakiejś tam dziedzinie, są najcenniejsze. Ufam, że dzisiejsze odznaczenia, przyznano w taki właśnie sposób.
Uniwersytet stwarza możliwości rozwoju naukowego poprzez swoją wielowątkowość. Istnieje staropolskie określenie "Wszechnica", które oznacza  „miejsce zgłębiania wszystkich nauk”, a więc to samo, co zapożyczony z łaciny „uniwersytet”, który pierwotnie miał formę dwuwyrazową „universitas studiorum” (ogół nauk), co potem skrócono do „universitas”. Pozwólcie Państwo na kilka wątków osobistych. W moich badaniach korzystałem "larga manu" z owej "powszechności nauk" zgromadzonych w jednym miejscu. Współpracowałem z biologami (w tym z JM Rektorem), z fizykami, genetykami czy też w Collegium Medicum,  z PT Koleżankami i Kolegami z różnych zakładów i katedr. Zapewne tak postępowali też i inni habilitanci i doktoranci, którzy dziś odebrali dyplomy.
Wiele lat temu, jeszcze przed jakże ważnym dla UMK rokiem 1973, przechodziłem wraz z moim ojcem obok pewnego budynku i zapytałem co w nim sie znajduje. Ojciec wyjaśnił mi, że jest to jeden z budynków należących do UMK i tu studenci zgłębiają tajemnice nauki. Będą uczniem bodaj trzeciej klasy szkoły podstawowej pomyślałem, że musi to być bardzo trudne i chyba nawet przestraszyłem się, czy dam w przyszłości radę. W Roku Kopernikańskim oglądałem pokaz sztucznych ogni podczas otwarcia kompleksu budynków, w którym obecnie jesteśmy. Kilka lat później, jako uczeń liceum, uczestniczyłem w wykładach profesora Juliusza Narębskiego. Bez Power Pointa, za pomocą pięknej polszczyzny i doskonałego języka popularnonaukowego, zapoznawał nas z osiągnięciami światowej neurofizjologii, w których to badaniach brał czynny udział. Chodziliśmy też na warsztaty dla uczniów zainteresowanych biologią, organizowanych przez pracowników  Instytutu Biologii i Nauk o Ziemi. Wykłady Profesora, któremu starczało czasu i chęci na spotkania z młodzieżą, stały się dla mnie trzydzieści lat później, inspiracją dla Śród Medycznych.
Miałem zawsze szczęście do nauczycieli. Byli to zarówno ludzie mądrzy jak i pasjonaci swego zawodu. Biologii i fizyki uczyli mnie w IV LO, Felicja Młynarczyk i Juliusz Domański.  Wiem, że byli związani z UMK. To właśnie prof. Młynarczyk powiedziała nam o wykładach prof.  Narębskiego. Historię poznawałam po części dzięki profesorowi Witoldowi  Wojdyle, późniejszemu Prorektorowi UMK. Pokazał on nam, jak należy uczyć, według zasady clara pacta, boni amici. Przez prawie trzydzieści już lat , kiedy sam uczę innych pamiętam o tych lekcjach.
Wróćmy zatem do mojego spaceru z ojcem z roku bodaj 1971. Budynkiem, który mijaliśmy był Instytut Fizyki przy ul. Grudziądzkiej. Studenci zgłębiali tam tajemnice materii i energii. Być może wśród słuchaczy była prof. Lidia Smentek, z którą mam zaszczyt się przyjaźnić. I być może wykładano tam wówczas o splątaniu kwantowym. Polega ona na tym (proszę fizyków o wybaczenie jeśli coś pomylę), że splatane cząstki "wiedzą" o sobie, nawet jeśli znajdują sie na przeciwległych krańcach wszechświata. Znają swój stan. Myślę, że dobro które dajemy innym, jest jedną z tych cząstek. Wtedy gdzieś pojawia ta druga cząstka będąca, odpowiedzią na to. Niewykluczone, że nigdy jej nie zobaczymy. Ale na pewno jest i czyni wtórne dobro. Fizyk powie: "Panie kolego, splątane cząstki mają przeciwne spiny". Tak w fizyce kwantowej istotnie tak jest. Ale splątane cząstki miłości, wdzięczności i dobra działają inaczej. Moc tych drugich jest jeszcze większa niż tych pierwotnych. I dlatego warto żyć i czynić dobro. Jestem o tym głęboko przekonany.
Dziękuję za uwagę!       


[1] Gościem Święta Uniwersytetu był wicepremier Jarosław Gowin

poniedziałek, 29 stycznia 2018

WSZYSTKIE SKOPIE ŚWIATA



Jako, że wszystko zaczyna się od Hipokratesa, nie może i tu być inaczej. Otóż w swych dziełach, Mistrz z Kos sugerował, że należy wiele spraw powierzyć naturze, gdyż organizm posiada zdolność do samoleczenia. Zatem uraz operacyjny, jeśli już konieczny , winien być jak najmniejszy. W jakimś sensie,  łączy się to z podstawową zasadą hipokratejską:  " Primum non nocre". Endoskopia i powstała z niej chirurgia małoinwazyjna spełnia owo założenie. Paradoksalnie największy rozwój medycyny i chirurgii, związany był z wykonywaniem wielkich zabiegów operacyjnych. Stało się to możliwe, dzięki wprowadzeniu znieczulenia ogólnego, a także zasad aseptyki  i antyseptyki w drugiej połowie XIX w. Owe rozległe operacje wymagały dużych cięć, stąd ukute w owym czasie powiedzenie: "duży chirurg- duże cięcie". Powrót do idei Hipokratesa trwał długo. Jednak pierwsze wzmianki na temat endoskopii pojawiają się w tzw.  Papirusie Edwina Smitha, datowanym na 1700- 1600 rok  p.n.e..  Owo dzieło było prawdopodobnie podręcznikiem medycyny wojskowej. Wspomniane są tam proste narzędzia endoskopowe, lecz ciekawszy jest fakt, że autorzy odwołują się do jeszcze starszego dokumentu z roku 2640 p.n.e., gdzie opisano również narzędzia endoskopowe. Papirus Smitha  jest znany z tego, że po raz pierwszy podzielono tam choroby na uleczalne, uleczalne z trudnością oraz nieuleczalne (nieoperacyjne).  Sam Hipokrates stosował i doceniał speculum w leczeniu chorób proktologicznych. W piątym tomie swego dzieła "Sztuka medycyny" (rok 400 p.n.e.), zatytułowanym " O hemoroidach", daje wykład zastosowania wziernika. Istnieją dowody archeologiczne na szerokie stosowanie owych narzędzi w granicach Cesarstwa Rzymskiego i innych państw starożytnych, w pierwszych wiekach naszej ery. Najsłynniejsze znaleziska pochodzą z Pompei. Problemem było światło. Nie istniało, na tyle silne jego sztuczne źródło, aby można używać endoskopów po zmierzchu. Również zasięg owych instrumentów, ograniczał się do naturalnych otworów ciała i nie stosowano żadnych elementów optycznych.  W dziełach starożytnych filozofów żyjących w I wieku naszej ery, Seneki i Pliniusz Starszego  pojawiły się wzmianki o powiększających czy podpalających kawałkach szkła. Były to prawdopodobnie przypadkowo "wyszlifowane" kawałki przeźroczystych minerałów lub szkła. Pierwsze intencjonalnie wykonane soczewki pojawiły się około roku 1000 i zwane były "szkłem czytającym". W XIII wieku SalvinoD’Armate skonstruował pierwsze okulary z zamysłem używania do czytania. W następnych stuleciach, ludzkość nauczyła się szlifowania soczewek wedle potrzeb, co umożliwiło konstruowanie początkowo prostych, zaś z upływem czasu bardziej złożonych,  urządzeń optycznych. Prowadzono też badania i rozważania nad samym procesem widzenia. Wielkie zasługi ma tu, uczony polskiego pochodzenia (jak sam pisał o sobie "syn Turyngów i Polaków" ), Witelon. Działał on na przełomie XIII i XIV wieku na Dolnym Śląsku. Jego główne dzieło "Witelona Matematyka Wielce Uczonego o Optyce, to jest o naturze, przyczynie i padaniu promieni wzroku, światła, barw oraz kształtów, którą powszechnie nazywają Perspektywą, ksiąg dziesięcioro" ,  miało wielki wpływ na optykę przez następnych kilka wieków. W swym geniuszu doszedł do przekonania, że oko jest tylko odbiorcą światła i kształtów, zaś dopiero umysł dokonuje analizy widzianych zjawisk, uwzględniając również uprzednie doświadczenia.  W roku 1590 Hans i Zachariasz Jensenowie konstruują urządzenie, dzięki któremu można oglądać w znacznym powiększeniu małe obiekty. Powstaje pierwszy mikroskop. Około 1600 podobne urządzenie przedstawia  Antoni van Leeuvenhoek. Była to genialnie oszlifowana soczewka umieszczona na płytce metalowej z odpowiednimi trzymaczami dla oglądanego obiektu. Kilka lat później również w Niderlandach (w dokumentach ponownie przewija sie nazwisko  Z. Jensena) powstał pierwszy teleskop, a więc urządzenie, działające niejako odwrotnie do mikroskopu. Ulepszone przez Galileusza rozpoczęło swoją służbę na wielu polach, w tym bitewnych. Wielokrotnie poprawiany przez takich geniuszy jak Kepler czy  Newton, teleskop przyczynił się do rewolucji w astronomii, która trwa do dziś. Mimo tak znacznego postępu, nadal nie można było zaglądać głębiej w ciało człowieka. Brakowało światła. I znów musimy powrócić do Egiptu, tym razem do Papirusu Ebersa z 1550 roku p.n.e.,  bodaj najbardziej znanego tego typu dokumentu o charakterze medycznym. Opisano tam użycie lustra i światła słonecznego w celu oglądania wnętrza jamy nosowej. W dalszym etapie rozwijano w basenie Morza Śródziemnego ową technikę , często wzmacniając światło słońca, świecami i lampkami oliwnymi. Abulkasim, lekarz arabski z XX w n.e.,  jako pierwszy opisał oglądanie w takim świetle szyjkę macicy. Światło świecy pojawiało się w medycynie średniowiecznej (Arnold de Villanova), lecz nie miało to większego znaczenia, aż do drugiej połowy XVI w., kiedy to Gerolamo Cardano, skonstruował specjalną lampę do użytku medycznego. W 1585  Giulio Cesare Arranzi użył pojemnika z wodą, aby skupić promienie świetlne emitowane przez świecę,  w celu oglądania jamy nosowej. W XVII wieku do medycyny wprowadzono lustra wklęsłe, skupiające światło, co przetrwało (laryngologia) do końca XX w. Nadal jednak nie odnotowano większego postępu w urządzeniach endoskopowych. W pierwszych latach XIX wieku, niemiecki lekarz włoskiego pochodzenia, Filip Bozzini skonstruował urządzenie o nazwie  “Lichtleiter” złożone z systemu luster i soczewek, oraz świecy jako źródła światła, umożliwiające oświetlenie badanego obiektu oraz zobaczenie go. Był to więc pierwszy prymitywny endoskop z wbudowanym źródłem światła. W ciągu następnych  kilkudziesięciu lat ulepszano owo urządzenia , zmieniając układ soczewek i stosując pryzmaty, jednak nadal nie osiągnięto większych sukcesów.  Jakkolwiek zasługi Bozziniego są wielkie, za ojca endoskopii uważa się francuskiego urologa Antoniego Desormeaux. Nawiasem mówiąc, to on po raz pierwszy użył tego określenia.  Zmodyfikował on optykę "Lichtleiera", a przede wszystkim zastosował silne jak na owe czasy źródło światła, będące lampą zasilaną mieszaniną alkoholu oraz terpentyny. Dzięki temu mógł skupić światło na badanym obiekcie. W ten sposób diagnozował i leczył kamienie w pęcherzu moczowym. Od tego czasu rozwijano różne koncepcje zarówno dotyczące optyki, jak i oświetlenia. Niemiecki dentysta Julius Bruck w roku 1866, stworzył pierwszą "żarówkę"  z galwanizowanego drutu zamkniętego w szklanej tubie. W urządzeniu tym zwanym galwanoskopem, zastosowano też system chłodzenia. Po raz pierwszy światło "weszło"  do jamy ciała wraz z endoskopem. Używano drutu platynowego (miedzy innymi Mikulicz).  Wkrótce pojawiły się żarówki Edisona, które na dobre weszły do endoskopii w latach 80-tych XIX w. Niestety powodowały one wiele powikłań, głównie poparzeń. W tym okresie Konrad Rentgen odkrył  promienie X, nazwane później jego imieniem. Szybko okazało się, że technika ta znajduje zastosowanie w badaniu nie tylko układu kostnego ale też, po zastosowaniu odpowiednich kontrastów, układu pokarmowego i naczyniowego. Endoskopia, choć powoli rozwijała się, była bardziej eksperymentem klinicznym, niż rutynowym badaniem. Jedną z pierwszych gastroskopii w roku 1868 wykonał Adolf Kussmaul. Pacjentem był zawodowy połykacz noży pracujący w cyrku. W 1881 Jan Mikulicz Radecki oglądał za pomocą sztywnego gastroskopu wnętrze żołądka z zaawansowanym rakiem. W swoim geniuszu  stwierdził, że liczy na to, iż rozwój endoskopii pozwoli na obserwację tej choroby w niższych stadiach zaawansowania. Jego proroctwo spełniło sie w latach 60-tych XXw. w Japonii, kiedy zdefiniowano pojęcie raka wczesnego. W 1932 Schindler skonstruował gastroskop z ruchoma końcówką. Rozwój techniki, a zwłaszcza miniaturyzacja pozwoliły na konstrukcje coraz to nowych urządzeń. W latach 50-tych XX w., Palmer i Hopkins opracowali technikę światłowodów , którą zastosowano w endoskopach, początkowo sztywnych, zaś następnie giętkich. W 1958 pochodzący z RPA amerykański gastroenterolog Basil Hirsowitz, przedstawił nowy typ gastroskopu, całkowicie giętki. Od tej pory całe badanie odbywało się pod kontrolą wzroku. W tym samy czasie dokonano następnej rewolucji, czyli wprowadzenie "zimnego źródła światła". Usunięto żarówkę z endoskopu, a światło do obiektu badanego także docierało poprzez światłowody. Rozpoczęła się era nowoczesnej endoskopii, dzięki której rozwinięto takie techniki jak ECPW, polipektomie, mukozektomie , poszerzanie balonem czy protezowanie.  Było jednak jedno "ale".  Endoskopista w czasie badania był sam. Tylko on widział co się dzieje. I tu zaczyna się historia z gatunku opowieści o Jamesie Bondzie. W 1957 roku ZSRR wystrzelił pierwszego sztucznego satelitę. Niebawem przestrzeń wokół naszej planety zaroiła sie od sputników wszelkiego rodzaju, z których większość miała charakter szpiegowski. Po zestrzeleniu Powersa i jego samolotu U2, okazało się że zdjęcia trzeba robić z kosmosu. Był jednak mały problem. Jak przekazać je na ziemię. Amerykanie mieli satelitę, z genialną jak na owe czasy optyką i pewnego razu samolot nie zdołał "odebrać" lecącej z góry przesyłki. Dziesiątki kilometrów taśmy uległo zniszczeniu, choć podjęto akcję podobną do odkrycia Titanica. Rosjanie próbowali wywoływać je w automatycznych laboratoriach w kosmosie i przekazywać drogą radiową obraz. Jednak jakość analogowego przekazu była kiepska.  Podjęto intensywne prace nad zdalnym przezywaniem obrazu wysokiej rozdzielczości. Ich efektem stała się matryca CCD, którą każdy ma teraz w "komórce". Obraz można było przekazywać cyfrowo. Początkowo utajniony projekt przeniknął do "cywila" i znalazł zastosowanie w astronomii, fotografii i wielu innych dziedzinach, w tym medycynie. Dziś większość sprzętu "skopowego" oparta jest na tej technice. Współczesne endoskopy nie mają już więc okularu, a chip i kamerę cyfrową , dzięki której transmitowany obraz widoczny jest na olbrzymich monitorach. Podobnie jak przy operacjach laparoskopowych, ogląda to samo cały zespół. Dzięki temu zgranie zespołów w zabiegach endolaparoskopowych staje się podstawą współczesnej małoinwazyjnej chirurgii. Nie wiadomo jednak czy technika i medycyna powiedziała w tej kwestii ostanie słowo. Osobiście wydaje mi się, że nie.    



Przy pisaniu powyższej pracy korzystałem z:

1. Wikipedia (wersja polska i angielska)

2. Sarah Ellison.  The Historical Evolution of Endoscopy. Wydawnictwo :  Lee Honors College, Western Michigan University, Kalamazoo, MI, USA


poniedziałek, 18 grudnia 2017

ZWIERZĘTA KSIĘCIA WILIAMA



Jakiś czas temu książę Wiliam, wnuk Elżbiety II, wyartykułował myśl, że ludzi na świecie jest za dużo. Ma to jego zdaniem, przełożenie na wymieranie zwierząt i ogólną degradację środowiska naturalnego. Od razu powiem, że całkowicie zgadzam się z tym, co powiedział przyszły król Albionu. Jest jedno ale. Sam książę i jego żona, nie są najlepszym przykładem zamiany słów w czyny. Spodziewają się trzeciego potomka. A może również i czwartego. Jak donosi prasa bulwarowa, będą bliźniaki. Jest tam również polski ślad! Podobnież owo dziecko (dzieci), zostało spłodzone w czasie wizyty pary książęcej w Polsce. Jeśli potwierdzi się wersja ciąży mnogiej (w chwili gdy pisze te słowa, Pałac Buckingham wciąż milczy) będą to drugie bliźniaki w dziejach monarchii angielskiej. Poprzednie urodziły się w XIV wieku, a wiadomość o tym gruchnęła dopiero po rozwiązaniu. W owym czasie bowiem jedynymi emiterami ultradźwięków na wyspach były nietoperze. Troje czy czworo to zawsze liczna gromadka i choć zapewne Kate i Williama stać na  nawet wychowanie całego przedszkola, nie dają, jak wspomniano,  dobrego przykładu.  
Zastanówmy się nad słowami księcia. Wzbudziły one żywą dyskusję wśród kilku moich "znajomych" na FB. Kilka osób radziło, aby zaczął sam od siebie. Nie wiem czy miał używać środków antykoncepcyjnych, czy czynnie wyeliminować swoje potomstwo. Jako że pisali to katolicy, wykluczam w zasadzie obie możliwości. Wiadomo bowiem, że  nie wolno używać wspomnianych środków, z wyjątkiem obliczeń dotyczących cyklu i/lub lepkości śluzu.  Nawet tych, które nie dopuszczają do zapłodnienia komórki jakowej, czyli dokładnie to, co czyni  ów "kalendarzyk". Odbyłem ongi rozmowę ze znaną bydgoską "obrończynią życia" i katechetką zarazem, na ten temat. Odpowiedziała mi, że używanie prezerwatywy czyni z kobiety przedmiot. Wyznałem jej wówczas, że znam kobiety (również osobiście), które czerpią, jak mi się zdaje przyjemność z zakładania mężczyźnie prezerwatywy i nie czują się w żadnym stopniu uprzedmiotowione. Odpowiedziała wówczas, że takie jest nauczanie Jana Pawła II, który w owym czasie zasiadał na Stolicy Piotrowej. Dziwne, że wszystkie religie maja prawdziwego hopla na punkcie seksu. W przypadku tych odmian, które przewidują (teoretycznie) wstrzemięźliwość seksualną, jest to zrozumiałe. Każdy wie o czym mówię. Jednak i te nurty, gdzie kapłan czy jakkolwiek nazywany łącznik ze światem transcendencji, ma swobodę seksualną również, zazwyczaj normalne wydawałoby się zachowania, budzą sprzeciw. Generalnie jeden z 5000 bogów, duchów, diabłów czy innych bytów czczonych przez dany kościół, zazwyczaj nakazuje nieomal nieograniczone niczym rozmnażanie. O ile w tej materii, mogą jeszcze między nienawidzącymi się religiami powstać jakieś różnice, następny problem jest tożsamy. Człowiek z nakazu wspomnianych sił wyższych, jest zawsze numerem jeden na planecie, a wszystko ma mu służyć. Gwoli sprawiedliwości, jest może kilka kultów bardziej szanujących braci mniejszych i w ogóle przyrodę, lecz liczba wyznawców jest mała i toutes proportions gardées, odpowiada liczbie wegan na marszu Młodzieży Wszechpolskiej.
Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, uczono mnie, że na Ziemi zamieszkuje około czterech miliardów ludzi. Dziś jest ich prawie dwa razy tyle. Przed okresem rozwoju nowoczesnej medycyny, który możemy datować na koniec XVIII wieku, kiedy wprowadzono szczepienia i pewne zasady higieny, zwierzęta z gatunku Homo sapiens rozmnażały się tak, jak ich pobratymcy nie grający Mozarta i nie piszący poezji. Minął pewien czas, gdy homunkulusa  Nikolasa Hartsoekera zastąpiła embriologia, a człowiek dowiedział się jak można zapanować nad swoim rozrodem. Od razu jednak pojawili się dziwnie ubierający się panowie (jedni w pióra i kolorowe szatki, inny w sutanny) i stwierdzili, że człowiek nie może bawić się w boga chrześcijan, Mzimu , Potwora z Gór oraz innych bytów, zapewniających nam przyjście na świat i szczęśliwy na nim pobyt. Wara od tego. W świece chrześcijan pieczęć przyłożył Paweł VI, ogłaszając ex cathedra, że pigułka antykoncepcyjna jest zła. Później, do listy doszły jeszcze środki zapobiegające zapłodnieniu w ogóle, jak na przykład, wspomniana w owej rozmowie sprzed lat, prezerwatywa. Oczywiście spora część ludzkości, delikatnie rzecz ujmując, nie zwraca uwagi na owe encykliki, nakazy "świętych" ksiąg i pouczenia słowne.  Rynek środków antykoncepcyjnych ma się znakomicie. Mimo tego ludzi przybywa. Zwłaszcza tam gdzie jest bieda. Nie ma lepszego środka antykoncepcyjnego niż bogactwo i życie związane z pracą, nauką i kształceniem się. Większość religii widzi kobietę w kuchni, jako reproduktorkę, a później babcię pomagającą wychowywać gromadę wnuków. Wiele kobiet powiedziało i mówi nadal "nie", teorii "Kinder, Küche, Kirche". Kobieta może i ma prawo kierować swoją płodnością według opinii jej i jej partnera, a nie bajek zaczerpniętych z świętych ksiąg.
Część naukowców twierdzi, że nasza planeta pomieści jeszcze kilka miliardów ludzi. Oczywiście, że pomieści. Obliczono, że  cała ludzkość zmieściłaby się na obszarze Teksasu, gdyby gęstość zaludnienia tego stanu była taka, jak w Nowym Jorku. Jeśli dziewięć miliardów  ludzi będzie zamieszkiwało sześć kontynentów, to gęstość zaludnienia świata ustali się  na poziomie tylko nieco wyższym, niż pół dzisiejszej gęstości zaludnienia Francji.  Czy obecna Francja  jest przeludniona?  Poza tym nowe techniki rolnicze i biotechnologiczne zwiększą produkcję żywności. Czy zatem możemy spać spokojnie? Chyba jednak nie. Otóż jeśli spojrzymy na globus i mapy, szybko okaże się, że 2/3 globu to morza i oceany. Miedzy bajki włóżmy pomysły mieszkania na morskim dnie. Odpadają też okolice biegunów, pustynie, jeziora, rzeki, bagna. To po pierwsze. Rozwiązaniem problemu jest masowa wycinka dżungli, lasów deszczowych i innych siedlisk zwierząt, aby wyżywić i dać przestrzeń owym miliardom zwierzaków chodzących czasami do filharmonii. Nikt poza jak to określa Tadeusz Rydzyk i min. Szyszko "ekoterrorystami" nie przejmuje się losem zwierząt. Zdaniem pana Szyszko to wielbiciele Szatana. Ginie populacja tygrysów, orangutanów i innych zwierząt. Handel zwierzętami jest czymś tak strasznym, że nawet nie chcę o tym pisać. Zagraża on całkowitą zagładą gatunków dla zaspokojenia najniższych instynktów, ludzi.  Z winy człowieka wyginęły już liczne grupy zwierząt, a los innych jest przesądzony w przeciągu jeszcze naszego życia. Ale zwierzęta nie idą do nieba i nie maja świętych ksiąg.  No i nie mają duszy. Nie trzeba o nie tak dbać, bo księgi nakazały rozmnażać się ludziom, a nie przykładowo niedźwiedziom polarnym.  Tak więc ludzie skupiają się w miastach. Prawdopodobnie migracje owe nasilą się w związku ze zmianami klimatycznymi. Ocenia się, że niebawem w takich miastach jak Dhaka czy Kinszasa wkrótce będzie mieszkało po 35 mln ludzi, czyli w każdym,  niewiele mniej niż w całej Polsce. Nie będą oni zamieszkiwali domów, tylko slumsy bez wody i ubikacji. Jeśli dziś,  każdy mieszkaniec naszej planety chciałby żyć tak, jak przeciętny obywatel USA, pod względem zasobów potrzebowalibyśmy trzy Ziemie. Większość ludzi żyje gorzej niż koty i psy w Nowym Jorku. Żyją jak zwierzęta w całym znaczeniu tego słowa. Dosłownym i przenośnym.  Taka sytuacja stanie się zarzewiem ruchów rewolucyjno-rozczeniowych. Jared Diamond w książce "Upadek" twierdzi, że ludobójcze masakry z roku 1994,  które kosztowały życie 800 tys. Rwandyjczyków, były wynikiem nie tylko nienawiści plemiennych, lecz przede wszystkim przeludnienia. Teoria odważna,  lecz mająca całkiem solidne podstawy.
Nie uciekniemy przed prawami natury. Już powoli daje ona o sobie znać za pomocą powodzi, huraganów i podobnych zjawisk, których skala i zasięg są coraz większe. Także w Polsce. To efekt działalności człowieka. Oczywiście, są tacy, którzy uważają, że ziemia jest płaska, szczepionki szkodzą, a człowiek został stworzony 6 tys. lat temu i widywał, jak mawiają w Krakowie, "na polu" dinozaury. Głupich nie sieją. "Podlewają" ich tuzy intelektualne typu Trump . Wiele cennych inicjatyw jest blokowanych z powodu interesów grup nacisku czy lobby węglowego. Przykładów aż za wiele w Polsce. Jeśli się nie opamiętamy, najpierw zginą zwierzęta i lasy. Później my. Przedtem będą wojny biednych z bogatymi, o wodę i zasoby ziemi. W klasycznych filmach akcji, zły charakter albo dyktator ucieka helikopterem, z dachu zajmowanego przez rebeliantów budynku. Tym razem nie będzie dokąd , a śmierć od kuli  być może będzie wybawieniem.