niedziela, 30 sierpnia 2015

"TRADYSZYN"



Na początek anegdota. Na stacji, pośrodku nocy i podróży zatrzymuje się pociąg dalekobieżny. Jeden z pasażerów, ziewając otwiera okno i widzi gościa w kolejarskiej czapce, który chodzi wzdłuż pociągu i długim młotkiem z dziwnymi obręczami na trzonku, uderza w koła. Zaciekawiony pyta kolejarza: "Panie, co pan robi właściwie, zawsze chciałem o to zapytać, a teraz mam okazję". "Hm", odpowiada pracownik PKP, "uderzam w koła młotkiem, tak mnie nauczył mój majster 40 lat temu i od tej pory tak robię..." . Kolejarz powoli, nadal pukając w koła oddalił się, a  pociąg  wśród zgrzytu  szyn ruszył w dalszą podróż. Pasażer zamknął okno i ziewając pomyślał: "Pewnie to jakaś kolejarska  tradycja".   
Podobnie miłośnicy musicali pamiętają, że na większość pytań, o czasami dziwne zachowania mleczarz Tewie odpowiadał: "bo taka jest nasza tradycja".
Tradycja to rzecz święta dla wielu. Ba, twierdzą oni nawet, że pozwoliła zachować tożsamość narodową wielu uciskanych przez ciemiężcę (w tym oczywiście polskiego) narodów. Może to prawda w sensie języka, kultury czy pewnych (o tym dalej) obrzędów religijnych.  Są jednak tradycje, które budzą mój sprzeciw. Tradycje mogą, a nawet muszą podlegać weryfikacji kulturowej czy moralnej. Wiwlowiekową tradycją było niewolnictwo, czy w okresie nam bliższym segregacja rasowa. W drugiej połowie XX wieku w najpotężniejszym państwie świata, człowiek czarnoskóry nie mógł skorzystać z tego samego pisuaru co biały, że o wspólnym posiłku w restauracji nie wspomnę. To działo się na 5 lat przed lotem człowieka na Księżyc. To wszystko miało miejsce po tym co amerykańscy żołnierze zobaczyli w Dachau, a polscy i sowieccy w Auschwitz do czego prowadzi nienawiść na tle rasowym lub kulturowym.  W domach Niemców, ludzi wierzących w Boga, ba nawet domach parafialnych księży i pastorów służyli niewolnicy z podbitych krajów. Taka tradycja i możliwość jakie dał Führer. Dziś oficjalnie  (podkreślenie moje) nie ma już niewolnictwa i segregacji rasowej. Jest natomiast tradycja. Ma się dobrze, ba coraz lepiej, gdyż wielu ludzi postanowiło sięgnąć "do korzeni". Dotyczy zarówno ludzi jak i zwierząt. O ile ludzie w większości krajów są chronieni prawem (z jakim trudem się to zmienia niech świadczy obrzydliwa postawa prawicy i kościoła wobec tzw. ustawy przemocowej), tak sytuacja zwierząt mało kogo obchodzi. Większość z 5000 bogów i innych "bytów wyższych", którzy są czczeni na naszej planecie, wskazuje poprzez tzw. święte księgi (cała biblioteka! ) lub też poprzez bezpośredni kontakt założycieli danej religii z bogiem (czasami odpowiedniej dawki alkaloidów), wskazuje na służebną rolę zwierząt wobec człowieka.  Taka optyka, poparta przecież przez jednego z wielu bogów, stwarza nieskończone możliwości znęcania się na naszymi braćmi mniejszymi. W Nepalu corocznie zabija się toporem tysiące wołów, aby oddać cześć pewnej bogini. Nakazała ona również smarowanie krwią zabitych zwierząt samolotów startujących z miejscowego lotnika. że o drobniejszych pojazdach nie wspomnę. Ot, piękne połączenie tradycji z nowoczesnością. Ale jak można zakazać tym ludziom tradycyjnych obrzędów. Co będzie jak bogini się pogniewa, a poza tym obrazilibyśmy ich uczucia religijne. Zdjęcia z owej rzezi są tak straszne, że normalnemu człowiekowi robi się niedobrze. Podobnie jak tradycyjna rzeź grindwali na Wyspach Owczych. Zacytujmy portal Onet.pl : " Mimo sprzeciwów obrońców zwierząt, krwawa tradycja jest zaciekle broniona przez władze wysp i lokalnych mieszkańców. W tym roku tylko jednego dnia zarżnięto 250 zwierząt. Myśliwi wypatrują zwierzę i rybackimi łodziami zapędzają je do zatoki. Żeby wyciągnąć walenie na brzeg, w otwory oddechowe wbijają im tępe haki. Gdy ssaki są już wystarczająco blisko brzegu, przyłączają się kolejni mieszkańcy. Walenie zabija się następnie specjalnymi nożami. Woda w zatoce staje się czerwona od krwi. Brutalny rytuał często obserwują dzieci. Mięso z waleni jest rozdzielane między mieszkańców Wysp" . Jak wiadomo na tych wyspach nie panuje głód czy inne klęski zmuszające ludzi do takich zachowań. Jest to robione dla zabawy. Podobnie dla zabawy w katolickiej Hiszpanii odbywają się corridy. No tu entourage jest przebogaty. Tradycja, siła, męskość i inne podobne brednie uzasadniają ów dochodowy (nikt tego nie kryje) proceder. Turyści kupują bilety, są specjalne farmy hodujące odpowiednie byki. Cały obrzydliwy przemysł zabijania dla prymitywnej zabawy. Albo chora gonitwa oszalałych ze strachu byków w Pampelunie. Tradycja wielowiekowa chyba.
Są też i inne chore tradycje. Tym razem chodzi o niszczeni żywności. Nie dość, że z restauracji w krajach zachodnich wyrzuca się reszki jedzenia warte miliardy, to dla zabawy używa pokarmu  do rzucania w siebie. Taka zabawa zwana tomatiną odbywa się w (znowu!)  Hiszpanii a we Włoszech z kolei miłośnicy rozrywki rzucają w siebie pomarańczami. Nie wiem czy jest to przypadek ale oba kraje są "modelowo" katolickie. Gdyby Jezus istniał chętnie zapytałbym go czy należy w ten sposób postępować z jak sam powiedział. "owocami ziemi i pracy rąk ludzkich" . Obie zabawy budzą mój wstręt.
My w Polsce też nie mamy się czego powstydzić. Do naszych miast raz po raz zajeżdżają cyrki, które ku uciesze dzieci i starszych, o niewiele większych rozumach, pokazują tresurę zwierzą. Nieszczęsne zwierzaki wykonują podskoki, tańce i podobne hołubce, jakże "charakterystyczne" dla ich zachowań w naturze,  czynności. W jednej z bydgoskich gazet, starsza pani zapytana w ulicznej sondzie o zwierzęta w cyrku powiedziała, że tak jak sportowcy potrzebują treningu, tak zwierzęta tresury. Niestety większość społeczeństwa reprezentuje poziom intelektu owej pani. Na całe szczęście pojawiają się ludzie i  głosy zabraniające tego typu prymitywnej rozrywki. Piękną postawę zaprezentował prezydent Słupska pan Biedroń nie wypuszczając do miasta cyrku ze zwierzętami.
Psy  przywiązane na dwumetrowym łańcuchu do budy z blachy falistej to norma. Po co głupiemu bydlęciu  coś innego, niech się cieszy że ma miskę i że nie utopiono go jak był szczeniakiem. Weterynarz dla psa lub kota? Wielkopańskie fanaberie. No może krowa bo daje mleko, a pies jak zdechnie (w Polsce umierają tylko ludzie)  to się weźmie nowego.
Miną pokolenia nim ludzie zrozumieją (a jestem pewien że tak), iż nie należy krzywdzić dla zabawy istot czujących ból i strach tak jak my. Mam nadzieję, że wnuki owej pani  wypowiadającej się na temat tresury zwierząt dojdą do wniosku, że babcia nie miała racji. Być może,  zmiany klimatu i klęski głodu również w Europie spowodują, że nabierzemy szacunku do tego co jemy. Nie jest to myśl ani nowa, ani odkrywcza. C.K. Norwid pisał:
 " Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba....
Tęskno mi, Panie...
 Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą...
Tęskno mi, Panie..."
Czasami warto czytać starych poetów. To ludzie dobrej woli i dobrej tradycji. Nim uderzymy młotkiem w coś zastanówmy się czy kogoś nie zaboli, a przynajmniej wiedzmy czemu to robimy.

sobota, 30 maja 2015

Bajka o trzech książętach Serendypii albo rola przypadku w nauce i medycynie



28 stycznia 1754 roku brytyjski pisarz i polityk Horacy Walpole w liście do przyjaciela, także Horacego, Manna użył po raz pierwszy słowa "serendipity" . Jak powstał ów neologizm? Otóż Pan Horacy przypadkowo, szukając zupełnie czegoś innego, natknął się na cenny obraz. Przypomniał sobie wówczas, iż czytał jakiś czas wcześniej jak sam określił - "głupawą powieść" - "Trzej książęta Serendypii", opublikowaną w Wenecji w 1557. Serendypia to dawna nazwa Sri Lanki (Cejlon) w języku perskim. Samo słowo pochodzi z sanskrytu i oznacza "tam żyją słonie". Otóż wspomniani w tytule książęta przezywają różne przygody, zdobywając lub odkrywając przez przypadek, lub własną mądrość rzeczy lub idee, których z zasady nie szukali. Chyba najbardziej spektakularnym przykładem seredndipity jest odkrycie Ameryki. Płynąc do Indii po skarby i "korzenie" Kolumb odkrył nieznany kontynent.
Nie ma dobrego tłumaczenia powyższego określenia na język polski. Najczęściej używamy terminu przypadek lub fart czy szczęście przy czym te dwa ostanie dotyczą raczej sytuacji bez czynnego udziału bohatera. A ma ono znaczenie i to duże. Genialny francuski uczony Ludwik Pasteur stwierdził :" W dziejach eksperymentów przypadek pomaga dobrze przygotowanym umysłom" w innej wersji brzmi to: „Szczęście sprzyja przygotowanym”. Podobnie amerykański  fizyk Henry skonstatował, że :"Nasiona wynalazków krążą wokół nas, lecz zapuszczają korzenie tylko w umysłach przygotowanych". Przypomina się biblijna opowieść o siewcy i ziarnach. Istnieje anegdota o Newtonie, któremu pewnego razy spadło na głowę jabłko. Zapewne przed nim biliony przedmiotów spadły ludziom na ziemię, lecz nikt nie zastanowił się dlaczego tak właściwie jest. Czemu nie kierują się w górę lub w bok? Przygotowany umysł genialnego Anglika dał odpowiedź, dzięki której latamy w kosmos. Wcześniejsze było słynne odkrycie Archimedesa, który w chwili natchnienie, odkrywszy prawo , nazwane  później jego imieniem, nago wybiegł na ulicę Syrakuz, krzycząc słynne Eureka. Archimedes rozważał jak znaleźć odpowiedź na pytanie króla o czystość złota w koronie, a kąpiel i uczucie "wypieranie" jedynie naprowadziły go na właściwy trop.
Jakby nie było, ocenia się, że ponad dwadzieścia wielkich odkryć wyróżnionych Nagrodą Nobla, miało charakter "serendipity" . Książęta Serendypii, umiłowali sobie zwłaszcza chemię i farmakologię. Wielość eksperymentów, mieszanie "wszystkiego ze wszystkim" bardzo w tym pomaga. Jak głosi legenda w ten sposób próbując dokonać transmutacji w złoto  Johann Friedrich Böttger, dokonał (re)odkrycia wyrobu porcelany. Nowsze badania historyczne jednak przeczą tym opowieściom.
Bardziej współczesna farmakologia jednak pełna jest "przypadkowych" odkryć. Jako sztandarowy przykład podaje się syntezę LSD-25 i rowerową eskapadę Alberta Hoffmana, szwajcarskiego farmakologa.  Nie jest to do końca prawdą. Otóż Hoffman pracował nad pochodnymi kwasu lizerginowego w 1938 i uzyskał LSD-25. Z założenia miał być to analeptyk. Zawiesił jednak badania i wrócił do nich w 1943 gdy w Europie trwała już wojna. 16 kwietnia wchłoną prawdopodobnie nieco substancji i poczuł, że "wszystko faluje". Trzy dni później w ramach eksperymentu przyjął 250 µg preparatu. Poczuł się tak źle, że poprosił asystenta aby towarzyszył mu w drodze do domu. Ze względu na ograniczenia wojenne benzyny musieli użyć rowerów. W czasie jazdy Hoffman miał wizje, że gonią go demony, a meble w domu (po przyjeździe) dybią na jego życie. Od tego czasu 19 kwietnia obchodzony jest przez użytkowników LSD jako "bicycle day" .
Pierwszymi , którzy odczuli działanie sildenafilu byli mieszańcy, a ściślej rzecz ujmując , mężczyźni z miejscowości  Merthyr Tydfil w Walii. Po reformach Margaret Thatcher , wzrosło w owym miasteczku bezrobocie, a wielu mieszkańców cierpiało na przewlekle choroby serca. Firma Pfizer postanowiła tam przeprowadzić badania nad nowym lekiem na chorobę wieńcową. Po jakimś czasie od rozpoczęcia badań, mniej więcej połowa badanych  mężczyzn (badanie podwójnie zaślepione) zaczęła prosić o zwiększenie dawki lub dodatkowe tabletki. Okazało się że pigułki wzmacniają nie tylko serce. Tak na rynku pojawiła się Viagra.
Jedną z najbardziej znanych jest historia odkrycia penicyliny przez Aleksandra Fleminga. Działanie antybakteryjne pleśni  (a właściwie przeciwzakażeniowe, gdyż nie wiedziano  jeszcze o bakteriach)  znane było już w starożytności. Geniusz Fleminga polegał na skojarzeniu zakażenia grzybem jednej z próbek (skutek pewnego bałaganu w laboratorium) i braku wzrostu bakterii wokół "zapleśniałego" miejsca z owymi wczesnymi doniesieniami. Ponad 20 lat zajęło wyizolowanie krystalicznej penicyliny i oczekiwanie na nagrodę Nobla.  
W XVIII wieku Edward Jenner dowiedział się, że według podań ludowych,  przechorowanie ospy krowianki daje ochronę przed zachorowaniem na ospę prawdziwą. Jenner wykorzystał tę wiedzę do przeprowadzenia eksperymentu. 14 maja 1796 roku dokonał zaszczepienia materiałem zakaźnym ospy krowianki ośmioletniego chłopca Jamesa Phippsa. Chłopiec przechorował krowiankę i następnie Jenner zaszczepił go ponownie, jednak już materiałem zakaźnym ospy prawdziwej. Chłopiec nie zachorował, ponieważ uzyskał odporność. Przełomowe znaczenie odkrycia Jennera polegało na wykazaniu, że w celu uodpornienia człowieka przeciw ospie wcale nie potrzeba zaszczepiać mu ospy prawdziwej, lecz wystarczy szczepienie ospy krowiej (krowianki – variola vaccina), która – w odróżnieniu od ludzkiej – ma przebieg łagodny i nigdy nie kończy się śmiercią. Tu nie grał roli przypadek ale informacja we właściwych rękach i odwaga. Dziś zapewne nie uzyskałby zgody Komisji Bioetyki.
Również chirurgia dużo zawdzięcza "serendipity". Ambroży Pare był jednym z najbardziej znanych w XVI wieku francuskich chirurgów. Mistrz w dokonywaniu amputacji (kilkanaście minut). Rany postrzałowe zalewano wówczas gorącym olejem z celu uzyskania hemostazy i jak wierzono, zwalczania zakażenia. W czasie oblężenia Turynu w 1537 rannych było tak dużo, że zabrakło owego "leku". Pare zdecydował się na użycie opatrunku i substancji stosowanych dla "zwykłych" ran, czyli mieszaniny olejku różanego i terpentyny. Jakież było jego zdziwienie, gdy rany postrzałowe zaopatrzone olejem jątrzyły się, a ranni umierali. Pod "zwykłymi" opatrunkami goiły się znacznie lepiej. Od tego czasu zaprzestano stosowania barbarzyńskiej metody "olejowej".
Czasami śmierć staje się drogowskazem pokazującym właściwy kierunek. Ignacy Semmelweis to postać tragiczna. Człowiek, który wybawił ludzkość od strachu przed zakażeniami w szpitalach i wskazał drogę, którą kroczymy do dziś, zmarł w domu dla obłąkanych. Został prawdopodobnie pobity, wskutek czego wywiązało się zakażenie, z którym paradoksalnie wygrał za swego życia. Prowadził oddział ginekologiczny, w którym śmiertelność z powodu zakażenia była bardzo wysoka. Skojarzył on śmierć kolegi, który zaciął się nożem podczas sekcji z objawami zakażenia u położnic ze swojego oddziału, które badali studenci i lekarze bezpośrednio właśnie po sekcjach zwłok. Kiedy zdał sobie sprawę, że jest winny śmierci setek kobiet, nie wytrzymał psychicznie. Jego myśl przetrwałą jednak, a dzięki światłym umysłom takim jak Joseph Lister, stała się ciałem we wszystkich szpitalach. 
Prócz zakażeń, ból był czynnikiem uniemożliwiającym rozwój chirurgii.  Słynny francuski chirurg Alfred Velpeau w 1832 stwierdził, że ból i nóż chirurga to zjawiska nieodłączne i nigdy nie zostaną rozdzielone. Minęła dekada i jego słowa okazały się na szczęście fałszem. Horacy Welles obserwował cyrkowy występ z użycie podtlenku azotu, zwanego gazem rozweselającym. W pewnym momencie poddawany działaniu gazy skaleczył się w nogę i nawet tego nie zauważył. W ten sposób Wells odkrył anestetyczne działanie gazu. Działał on dość dobrze u wybranych pacjentów. Gdy jednak Wells chciał przedstawić swój wynalazek w Bostonie na tamtejszej uczelni medycznej, poniósł klęskę. Nie udało się znieczulić otyłego chorego. Zrozpaczony Wells porzucił praktykę lekarską, uzależnił się od chloroformu i w efekcie poniesionej klęski, popełnił samobójstwo. Droga do znieczulenie została jednak otwarta.
Serendipity czasami wymaga aktywności i przeniesienia wiedzy z jednego obszaru do innego. Leopold Auenbrugger  osiemnastowieczny lekarz austriacki, był synem oberżysty. Jako dziecko widział jak ojciec czy inni pracownicy, chcąc sprawdzić zawartość beczki opukiwali ją. Kiedy przyglądał się klatkom piersiowym swoich pacjentów i dowiedział się że tam też pojawia się płyn doznał olśnienia. Przeciez klatka piersiowa to "beczka" więc opukiwanie jej wykaże obecność i poziom płynu. Do dziś studenci pod czujnym okiem asystenta pukają zatem poszukujać granicy płynu, a po cichu zaś myślą przecież można zrobić zdjęcie.
No właśnie, wielkie odkrycie  Konrada Rentgena, było też dziełem przypadku. Badając "promienie katodowe" czy strumień elektronów odkrył on, że uderzając w anodę powodują powstanie innego promieniowania, które jest przenikliwe, a także zaczernia kliszę fotograficzną.  Na kliszy pojawiały się kształty ustawione pomiędzy nią a źródłem promieniowania, co wiecej ukazując niekiedy swą strukturę wewnętrzną jak np. dłoń małżonki. Już w kilka miesięcy po odkryciu, pierwsze aparaty pojawiły się w szpitalach, a w czasie I Wojny Światowej ruchome ambulanse rentgenowskie obsługiwała między innymi Maria Skłodowska -Curie.
Odkrycia, jak się okazuje nie są domeną tylko naukowców.  Vincent Preissnitz żyjący w latach 1799-1851 chłop z Gräfenbergu  nie miał żądnego związku z medycyną. Obserwował pewnego razu jak ranna w nogę sarna przychodzi co dzień do strumienia i moczy w nim skaleczoną kończynę. Jako że sarna wyleczyła się w ten sposób, mądry człowiek postanowił że zastosuje to u ludzi i otworzył pierwszy zakład wodolecznictwa. A prawie codziennie wymawiamy jego nazwisko mówiąc :" idę pod prysznic", że o podróżach "do wód" nie wspomnę.    
Listę "serendypnych" wynalazków można by wydłużać prawie bez końca. Dagerotyp powstał na skutek przypadkowego "wywołania" płytki pokrytej jodkiem srebra przez opary rtęci ze stłuczonego termometru. Goodyear zbytnio podgrzał pojemnik z gumą i kwasem siarkowym, co zapoczątkowało proces wulkanizacji dajać trwały i elastyczny produkt na którym podróżujemy. Becquerel trzymał w jednej szufladzie próbkę uranu i klisze fotograficzną. Kiedy pojawiły się na niej dziwne ślady, zrozumiał, że uran jest źródłem naruralnego promieniowania. Mering i Minkowski wycinali psom trzustki (celem zbadania jej roli w produkcji enzymów) zauważyli, że mocz operowanych psów ściąga roje much. Był słodki. W niedługim czasie zidentyfikowano insulinę.   
Ksiżąęta Serdndypii podróżują po świecie cały czas. Do dziś w laboratoriach świata w wielu językach wykrzykiwane jest greckie "Eureka". Jednak tajemnicą odkrycia zawsze pozostanie analityczny mózg naukowca, który nigdy nie zgodzi się na wyjaśnienie "bo tak jest" lub "to chyba cud" i będzie dążył do poznania prawdy o nawet najdziwniejszych i tajemniczych zjawiskach. Takie wyjaśnienia są, trzeba tylko czasu, pracy i pokory aby je odkryć. W drodze do Indii była Ameryka, w drodze do prawdy jest ona sama, niczym ocean, z którego czerpie się wiedzę.    

czwartek, 7 maja 2015

Zaćmienie słońca w Londynie



Kilka dni temu oglądałem program o Davidzie Koreshu, przywódcy sekty czy kościoła pod  nazwą "Gałąź Dawidowa" . Pewnie większość Czytelników słyszała o tragedii w Teksasie z lat 90-tych,  w której w zginęło straszną śmiercią w płomieniach kilkadziesiąt osób, gdy FBI zaatakowała siedzibę owego "kościoła" . Po  tym programie powróciło do mnie pytanie, z którym zmagam się nie od dziś. Jak jest możliwe, aby człowiek o zdrowych zmysłach dał się tak omamić jakiemuś idiocie. Ba, żeby jeden.  W sekcie "dawidowej" było ponad 100 ludzi. Całe rodziny. Mężczyźni w sile wieku wyrzekali się współżycia ze swoimi parterkami, z czego oczywiście larga manu (choć słowo ręka nie jest tu najbardziej dopasowane) korzystał guru. Bowiem seks no i oczywiście kasa z nielegalnego handlu bronią (to był powód ataku FBI) zastrzeżony był dla szefa.
Oczywiście współczesna psychologia zna odpowiedz na to pytanie. Powstały setki prac naukowych, powstały nowe gałęzie nauki czy pojęcia rodzaju "syndrom sztokholmski". Takie grupy nie są czymś nowym, są znane od początku cywilizacji. Charyzmatyczny przywódca pociągał za sobą i jakąś ideą rzesze ludzi, a ci gotowi byli popełnić największe zbrodnie lub oddać własne życie w ich obronie. Do dziś stoją baraki obozowe w Oświęcimiu, a na ulicach wielu miast ludzie wysadzają się w powietrze. Chore idee mają się lepiej, gdy podane są w sosie religijnym. Tu istnieją dwie możliwości. Guru jest nowym Mesjaszem lub kimś w jego rodzaju lub też kapłanem istniejącej już religii. Ci ostatni żerują na autentycznej religijności, zabierając ludziom przysłowiowy wdowi grosz na swoje potrzeby (często bizantyjskie budowle i podobne projekty), podpierając się wiarą. Wszelkie próby ich sprawdzania czy karania ogłaszane są jako atak na bogów, religię i oczywiście ojczyznę. Jak dotąd działa świetnie.  
Jaki ma to związek z medycyną i czy jest jakieś lekarstwo? Otóż ma , lecz zacznijmy od leku. Jest nim wiedza i edukacja. Nie tylko dzieci. Przywołam tu przykład oszustw na starszych ludziach na tzw. "wnuczka". Śmiem twierdzić, że wyłudzanie pod pozorem działalności religijnej (również sekta)  pieniędzy  od  zaślepionych ideą ludzi jest porównywalne z tym haniebnym procederem. W zwalczaniu "wnuczków" pomaga wiedza o oszustach i ich metodach. Dzięki propagowaniu jej udało się spowodować to, że już sami starsi ludzi zawiadamiają Policję i nie dają się oszukać. Oczywiście złodzieje wymyślają nowe triki, ale czujność wzrosła. Człowiek wyedukowany nie uwierzy w bzdury. Wyśmieje ludzi bredzących jak przykładowo Świadkowie Jehowy o tym że ludzkość istnieje od 6000lat, a neolityczne malowidła z grot we Francji i Hiszpanii powstały niedawno.
Jednak lek jest "zastrzeżony". Na straży stoi "poprawność polityczna" i "obraza uczuć religijnych" . Sądzę jednak, że wyrzekanie się prawdy w imię wyimaginowanych idei jest błędem. Ja osobiście stosuję owo remedium w megadawkach.
Podobnie, grupy gromadzą się wokół pewnych zjawisk, a właściwie rzecz ujmując przeciw nim. Od czasu do czasu bowiem, jakiś "amerykański naukowiec" odkryje, że coś co działa od dwustu lat jest "be". I oto przez Internet lotem błyskawicy przebiegają informację, że szczepienia powodują autyzm, oraz inne plagi, że o szkodliwości GMO  nie wspomnę. Ci sami ludzie, którzy nie szczepią swoich dzieci nadal spokojnie zatruwają środowisko, zużywają hektolitry wody (stać ich, a co), nie sprzeciwiają się wycinaku tysięcy hektarów dżungli z siedliskami ginących zwierząt. Ważne jest to, że jakaś szansonistka lub podrzędny aktorzyna z  pierwszych stron tabloidów, ogłosi że on nie szczepi dzieci. Nie ważne co mówi nauka. Oni wiedzą, że chodzi ona na pasku koncernów farmaceutycznych, które płacą przekupnym lekarzom aby straszyli jakąś odrą , czy pojęciami typu odporność populacyjna.
Na nic dowody, eksperymenty, literatura przedmiotu czy co tam bądź. Oni wiedzą że to fałsz i obłuda, za którymi stoją ciemne siły w rodzaju "rządu światowego" czy "spisku". Niestety do owej dyskusji włączają się też naukowcy. Napisałem niestety, bo można ich spotkać "z tamtej strony" . Przedstawiani są jako ostatni obrońcy prawdy, których zazdrośni o wiedzę koledzy pozbawili stanowisk uniwersyteckich. Dorabia się im życiorysy i legendy o ich walce z "zachodnią nauką na usługach" . W dyskusjach czy to internetowych czy innych ludzie wyznający mniej więcej normalny i zrównoważony pogląd na przykład na szczepienia czy GMO, przedstawiani są jako lemingi idące na samobójczą rzeź. Wszechwiedzący  z politowaniem obnażają naszą "niewiedzę" o prawdziwych skutkach szczepionek, GMO czy ekologii. Oni po prostu to wiedzą, a "dowodów" jest cała masa.
Odnoszę wrażenie, że porządna edukacja, nieskażona żadną religią czy światopoglądem a wykładająca tylko naukę odeszła do lamusa. Myślę, ze miałem szczęście i się na  nią "załapałem". Dziś absurdy politycznej poprawności zabraniają wykładania ewolucji w szkołach z przewaga np. ludzi nie uznającej tej teorii. Szczytem kretynizmu był zakaz oglądania zaćmienia słońca przez wszystkie dzieci w jednej z londyńskich szkół, gdyż uczęszczają tam dzieci wyznające hinduizm. Według niektórych hinduskich wierzeń, oglądanie zaćmienia sprawia, że widz staje się "nieczysty". Fundamentaliści wierzą, że zaraz po zaćmieniu należy się wykąpać i nucić imię boskie, by przemóc siły ciemności. Tego typu przekonania kilku osób spowodowały wielką krzywdę innych. A my spokojnie się przyglądamy temu i mówimy : "cicho, sza, jest ok., nie obraziliśmy tamtych ludzi". Nie ma na to mojej zgody.
Ostatnio coraz częściej widuję  ludzi w stylu dyrektora z londyńskiej szkoły w Polsce. Jest ich mnóstwo. Ze strachu, głupoty czy zwykłej ignorancji i ani krzty własnego zdania powtarzają slogany swoich liderów politycznych czy religijnych. Ubierają to w wielkie słowa, odziewają w uroczyste szaty i bredzą o szkodliwości, moralności, ojczyźnie, bogach i paru innych rzeczach. Jako, że mam trochę duszę badacza dostrzegam zaćmienie ich umysłów. Czasami zastanawiam się więc czy ten londyński dyrektor nie wie czegoś więcej niż ja. Może nie warto patrzeć.

sobota, 24 stycznia 2015

Mur berliński w pigułce



Kilka dni temu oglądałem program o polityce w czasach Kennedy'ego. Tak się jakoś złożyło, że jestem rówieśnikiem muru berlińskiego, który JFK oglądał od strony zachodniej i wypowiedział wówczas słynne zdanie: "Ich bin ein Berliner" . Komentator powiedział, że politycy amerykańscy uznali, iż owa słynna budowla jest doskonałą egzemplifikacją świata realnego socjalizmu. Otóż aby zatrzymać ludzi w owym raju trzeba budować mury i strzelać do uciekających.  Lepszego przykładu jaką obrzydliwością i zniewoleniem jest ten ustrój nie mogło być. Być może dlatego nie reagowali gwałtownie.
I nagle zdałem sobie sprawę, iż pomimo upływu 53 lat ktoś nadal podtrzymuję ową wstrętną politykę. To kościół katolicki i jego pretorianie w postaci prawicowych polityków i publicystów. Są wśród nich  nawet tacy, którzy po pijanemu rozbijają ludziom samochody, jednak nie przeszkadza to w żaden sposób nikomu ze środowiska, które powinno trwać w prawdzie i wstrzemięźliwości. Inni nazywają papieża idiotą (ciekaw jestem czy  nazwaliby tak Karola Wojtyłę), ale przecież to nie jest już "nasz" papież, więc hulaj dusza, a właściwie klawiatura komputera. Chodzi oczywiście o pigułkę postkoitalną. Większość owych "intelektualistów" zarówno z Episkopatu jak i wszelkiego rodzaju bractw św. Wojciecha i podobnych tworów nie zadała sobie nawet trudu by dowiedzieć się jak ów medykament działa. Fakt, wzajemne relacje hormonów płciowych w okresie zapłodnienia nie są łatwe i wielu studentów położyło tu głowę na egzaminach z ginekologii. Miałbym zatem prawo wymagać tego od mózgu  przepojonego alkoholem (gentelman ów wyznaje teorię, że ludzie widywali dinozaury, bo nie wierzy w ewolucję), czy też od intelektu panów prawicowych publicystów ?  Jest to dla nich pigułka poronna. Zatem na obrazach towarzyszących ich wypowiedziom, a także objazdowych wystawach widzimy nieomal dojrzałe płody, ruszające rączkami i nóżkami. Prawda, jaką winni cenić uczniowie Jezusa, (sądzę, że pogoniłby ich batem jak kupców w Świątyni)  jest taka iż to kilka komórek niewidocznych dla ludzkiego oka, zmieszanych z krwią menstruacyjną. Nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć owi mędrcy-specjaliści od wszystkiego. że 30% zapłodnień tak się kończy, a przeciętna kobieta nie wie że kilka razy poroniła w swoim życiu.
A co ma do tego mur? Komuniści chcieli zamknąć swoich obywateli w raju, zakazać im wolności poruszania się aby trwali w "raju" i tam płacili podatki i pracowali. Czerwoni "papieże" mieli skąd czerpać wzory. Od wieków kościół wzbraniał swym owcom wszystkiego, co mogłoby spowodować w nich myśl, że poza płotem jest inne życie. Zarówno jedni jak i drudzy mieli swoje wytłumaczenie do czego służy mur lub przykładowo "Indeks ksiąg zakazanych"  (kogoż tam nie ma!) jakiego ostanie wydanie miało miejsce w 1948, zaś formalnie przestał istnieć na 3 lata przed lądowaniem człowieka na Ksieżycu!!!  Czerwoni postawili mur "aby chronić obywateli przed imperialistami" zaś kościół w Kodeksie prawa kanonicznego zapisał: "Dla zachowania nieskazitelności wiary i obyczajów, pasterze Kościoła posiadają prawo i są zobowiązani czuwać, by wiara i obyczaje wiernych nie doznały uszczerbku przez słowo pisane lub użycie środków społecznego przekazu". Zakaz samodzielnego myślenie i system nakazów jest charakterystyczny dla każdego totalitaryzmu.
Teraz kościół i jego pretorianie chcą zakazać dostępu do pigułki postkoitalnej. Drodzy panowie! Jeśli wiara waszych owieczek jest głęboka i szeroka jak głosicie kiedy chcecie narzucać  " w 90% katolickiemu narodowi" swoje widzimisię, to nikt tego nie kupi, bo wierzy w nauki Jezusa. Jeśli nie, to dajcie ludziom wolność, pamiętając że mimo muru ludzie nadal uciekali z NRD-owskiego raju, a sam mur padł pod młotami, tych których miał "chronić".
I jeszcze jedna uwaga do zapamiętania: "Ci, którzy nie znają historii, skazani są na jej powtarzanie"