piątek, 12 lutego 2016

POGRZEB ZŁOTEGO KONIA



Nie pamiętam tytułu tego filmu. Był amerykański i czarno-biały. Jest też możliwe, że był kolorowy ale ja, oglądając go jakieś czterdzieści lat temu tak go zapamiętałem, bo nie miałem jeszcze kolorowego telewizora. Jeden z bohaterów opowiadał swojemu rozmówcy historię z dzieciństwa. Rzecz miała miejsce w czasach wielkiego kryzysu, zaś ojciec bohatera  stracił pracę i imał się dorywczych zajęć aby wyżywić rodzinę. Zbliżało się Boże Narodzenie i mimo ogólniej biedy wystawy sklepowe w Nowym Jorku (bo tam bodaj działa się akcja) jarzyły się kolorowymi światełkami i zapełnione były zabawkami. Kiedy chłopiec z rodziną przechodził obok jednej z nich ujrzał konia na biegunach. Był niezwykły. Jego tułów,  głowa, grzywa, ogon i bieguny były... złote. Czegoś równie pięknego nie widział nigdy przedtem. Zatrzymał się i zaczął prosić rodziców aby kupili mu konia na Gwiazdkę. Płakał, tupał nogami. Oczywiście cena konia była absurdalnie wysoka w stosunku do możliwości bezrobotnej rodziny. Po jakimś czasie łkający chłopiec z rodzicami wrócił do domu. Mijały dni i w potoku codziennych zajęć powoli zapominał o koniu. Aż przyszła Wigilia. Rodzina spożyła skromną, kryzysową wieczerzę. Nadszedł czas wręczania prezentów. Matka powiedziała do chłopca: "Zajrzyj do swojego pokoju, może Mikołaj przyniósł ci coś".
Zostawmy jednak na chwilę naszego chłopca wchodzącego do pokoju. Wrócimy do niego.
Czym jest dorosłość? Wielokrotnie , kiedy już uznałem się za dorosłego myślałem o tym. Oczywiście definicji jest wiele. Odpowiedzialność za czyny, słowa, umiejętność przewidywania skutków popełnianych czynów. Ja stworzyłem dla siebie (zapewne wielu już wpadło na to przede mną) jednozdaniowy opis owego zjawiska. Jest to umiejętność czekania. Dlaczego? Otóż  wtedy już "wiemy jak jest" lub "jak będzie". Widzieliśmy to już, robiliśmy. Dotyczy to prawie każdej dziedziny życia. Również seksu. Starożytni  Rzymianie mawiali: "post coitum omne anilam triste est".   Podobno dopowiadali: "praeter gallum, qui post coitum cantat" . Coś w tym jest. Spełnienie oznacza kres podróży. Dalej nie ma już nic. Jest więc jakaś mądrość w greckim przysłowiu, że "najpiękniejsza jest chwila miedzy zaproszeniem a rozpoczęciem podróży" .  Autor Kubusia Puchatka też chyba o tym wiedział wkładając w usta sympatycznego misia słowa iż " Jedzenie miodu jest bardzo miłe. Ale jest taka chwila, tuż przed rozpoczęciem jedzenia, kiedy jest jeszcze milej, niż w chwili, gdy się już je".
Pamiętam taką właśnie chwilę z mojego życia. Początek lat 90-tych. Można już jeździć na "Zachód" . Co prawda na granicy sprawdzają jeszcze paszporty, ale w ciągu dwóch tygodni objeżdżamy pół Europy. Paryż, Rzym, Wenecja. Miasta, o których czytałem, widywałem na filmach, stoją otworem. Chodzę po ich brukach. W Paryżu, Luwr. Kilometry korytarzy z Rubensem, Boticellim, Rembrantem, El Greco i dziesiątkami innych. Muzea Watykańskie i Coloseum w Rzymie, most Rialto i Canale Grande w Wenecji. Ufizzi i Ponte Vecchio we Florencji. Ikony kultury europejskiej na dotyk ręki. I właśnie w Luwrze nagle w oddali tłum ludzi oglądający coś na jednej ze ścian. Po chwili zbliżamy się do tego miejsca i jest ona. Mona Lisa. W kasecie z pancernego szkła, pochłaniającego światło fleszy (choć nie wolno oficjalnie ich używać). Obok strażnik tylko dla niej. Patrzę na nią i odczuwam coś dziwnego. Obraz jest nieduży (choć właściwie nie wiem czemu spodziewałem się większego) i wtedy przychodzi m do głowy idiotyczne skojarzenie, że właściwie wygląda jak  reprodukcja na bombonierce produkcji Wedla. Starsi może pamiętają ową olbrzymią bombonierkę z obrazem właśnie Mony Lisy. Zjadłem miód?
Takich momentów w moim, a zapewne i każdego człowieka życiu było wiele. Jakiś niedosyt, rozczarowanie tam, gdzie powinna być euforia i radość. Może wynika to ze zbyt późnego doświadczenia lub też przeciwnie, ze zbyt wczesnego. Nie wiem.
Wróćmy  do naszego bohatera. Stanął zatem w drzwiach pokoju i kiedy mama zapaliła światło ujrzał... złotego konia. Stał na środku pokoju i jakby mówił: "jestem twój, możesz się bujać na mnie, bawić się ze mną" . Jak się tam znalazł? Bardzo prozaicznie. Ojciec brał dodatkowe zajęcia, matka też zarobiła trochę pomagając w domach bogaczy. W końcu uzbierali na wymarzony prezent syna. Chłopiec z początku zaniemówił, stał jak zaczarowany w progu, a po pewnej chwili z okrzykiem radości pobiegł w kierunku konia. Odbił się od podłogi nogami i wskoczył na niego. I w tym momencie zabawka rozleciała się na wiele kawałków. Odpadł łeb i ogon, a bieguny polecały w rożnych kierunkach. Koń w środku był pusty, a dla oszczędności wykonano go z cienkiej sklejki pomalowanej jedną warstwą złotej farby... .  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz