Pokazywanie postów oznaczonych etykietą genetyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą genetyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 sierpnia 2013

MILCZENIE OWCY „DOLLY”


Dwudziesty pierwszy wiek już od początku zadaje bioetykom trudne pytania. Dotyczą one również lekarzy, gdyż to oni będą pierwszymi, którzy zetkną się z problemami jakie uciekają z otwartej przez genetyków i biologów puszki Pandory. Paradoks polega na tym, że nie jesteśmy przygotowani ani prawnie ani, śmiem twierdzić, moralnie do tego co już możemy, nie wspominając tego, co czeka nas w najbliższej przyszłości.

Nauka dotarła  do korzeni życia już w latach 50-tych, gdy Watson i Crick odkryli strukturę DNA. Trzeba było jednak następnego półwiecza, aby  człowiek nauczył się zmieniać zapis genetyczny i co więcej umiał przekazać go następnym pokoleniom organizmów doświadczalnych. Zrazu eksperymenty dotyczyły bakterii, muszek, nicieni, a wreszcie ssaków. Stąd tylko krok do człowieka.

I w tym momencie zaczyna się problem. Gdzie, jeżeli w ogóle, istnieją granice interwencji profilaktyczno-leczniczej. Działanie lekarskie raczej nie budzą sprzeciwu, a wszelkie osiągnięcia medycyny cieszą się uznaniem społecznym. Jednak słowa „raczej” użyłem celowo. Istnieją religie, które w swych założeniach będących jedynie ludzką egzegezą pism proroków, wykluczają takie czy inne formy leczenia. Są to rzecz jasna wyjątki od reguły, jednak coś jest na rzeczy. Prawo pacjenta do wyboru formy i zakresu leczenia zmusza niekiedy do ekwilibrystyki etycznej. Można zgodzić się z dorosłym Świadkiem Jehowy i nie przetoczyć mu krwi, nawet spodziewając się zgonu, jednak gdy rodzice ze względów religijnych, lub rzekomych powikłań (na podstawie błędnych danych) odmawiają np. szczepień ochronnych dziecka, sprawa nabiera moim zdaniem nieco innego wymiaru. Takie postępowanie bowiem godzi w innych ( szerzenie się choroby w populacji) i nie można, ot tak w imię tolerancji poglądów, przejść do porządku dziennego.

Jednak te wszystkie problemy bledną przy kwestiach dotyczących zapłodnienia, antykoncepcji, przebiegu i monitorowania ciąży, klonowania i badań naukowych z użyciem embrionów ludzkich. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele. Najważniejsze są jednak kwestie religijne i zaszłości historyczne. Odkrycia Mendla potwierdziły naukowo stare spostrzeżenia ludów pasterskich, że potomstwo „dobrych” rodziców jest silne, zdrowe i posiada zazwyczaj pożądane cechy. Choć w innym aspekcie już w Biblii spotykamy wers: ”Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani też złe drzewo nie wyda dobrego owocu”. Obserwacje te sprawiły, że XIX-wieczny uczony Francis Galton wprowadził pojęcie eugeniki. Rozróżniono eugenikę pozytywną i negatywną. Pierwsza z nich miała zajmować się „promowaniem” korzystnych genów, druga zaś niedopuszczeniem do przekazania cech negatywnych. Pokłosiem tejże teorii są współczesne pomysły banku spermy laureatów Nagrody Nobla.  Teoria Galtona ze względów oczywistych nie mogła doczekać się pełnej realizacji, znalazła natomiast entuzjastycznych zwolenników wśród niemieckich faszystów. W jaki sposób ci ostatni realizowali galtonowski pomysł pisać chyba nie trzeba. Właśnie nazistowskie wynaturzenia powodują, jakże chętne odwoływania się do nich przeciwników rozwoju badań z dziedziny inżynierii genetycznej. To wielkie i krzywdzące uproszczenie znajduje jednak posłuch pośród niewykształconej części społeczeństwa.

Drugą przeszkodą (słowo „przeszkoda” ma tu niekoniecznie konotację pejoratywną) są względy religijno-etyczne.  Większość religii wyznawanych na świecie ma charakter antropocentryczny. Człowiek jest dziełem boskim, niemal równym stwórcy. Wszystkie pozostałe stworzenia to jedynie dekoracje teatru z ludźmi w roli głównej. Trzeba przyznać, że aktorzy wybitnie nie dbają o dekoracje. Niszczą je bezmyślnie, okrutnie i głupio. Co będzie gdy ich zabraknie? I jeszcze jedna kwestia, nad którą warto by się zastanowić - gdzie jest publiczność owego dramatu? Moja odpowiedź brzmi: jest to próba bez publiczności.

Ogólnie rzecz biorąc spory dotyczą kilku kwestii. Pierwsza, może najmniej kontrowersyjna to rośliny i zwierzęta transgeniczne (GMO). Idea jaka przyświeca twórcom owych  genetycznie zmodyfikowanych organizmów, to podniesienie plonów zbóż, ryżu, zwiększenie masy mięśniowej i mleczności bydła. Cele jak więc widać jak najbardziej zbożne. Jednak budzą one protesty ekologów. Twierdzą oni, że stworzenie np. opornej na wszystkie przeciwności natury odmiany pszenicy spowoduje wyparcie innych i zmniejszy różnorodność genetyczną. Ukazały się ponadto doniesienia naukowe potwierdzające jakoby szkodliwość zmodyfikowanych ziemniaków. Choć zarzucono tym badaniom nierzetelność, pozostała niepewność, podsycana kompletnym brakiem wiedzy biologicznej w społeczeństwie.  Nie bez znaczenie w owej dyskusji są patenty, dystrybucja nasion czy wreszcie zapładnianie zwierząt hodowlanych. Spodziewane zyski wydają się być ogromne, a to nie wszystkim się podoba.

Następne kwestie są o wiele bardziej drażliwe dotyczą bowiem bezpośrednio człowieka. Wokół tych badań narosło wiele niedomówień i niepewności spowodowanych poprzez co najmniej dwa fakty. Pierwszy już wspomniany to zaszłości faszystowskich teorii naukowych i eksperymentów na ludziach. Gwoli sprawiedliwości należy przypomnieć, że nie tylko narodowi faszyści stosowali na szeroką skalę zasady negatywnej eugeniki. Szwecja, Kanada czy USA, te wydawałoby się ostoje demokracji i wolności również prowadziły przymusową sterylizację osobników z takich czy innych względów niewygodnych. Potrafię więc zrozumieć obawy, a nawet histeryczne reakcje niektórych ludzi czy całych środowisk.

Drugą przyczyną niepewności jest wspomniany brak jakiejkolwiek wiedzy biologicznej u większości obywateli. W społeczeństwie, gdzie dla 70% ostatnią lekturą był „Janko Muzykant” przeczytany pod przymusem, trudno rozmawiać o inżynierii genetycznej i  jej zagrożeniach. Tu posłuch znajdzie każdy demagog. Richard Dawkins, twórca koncepcji „samolubnego genu” i „memu” zwraca uwagę na fakt posługiwania się przez naukowców hermetycznym językiem, co czyni ich więźniami „wieży z kości słoniowej”. Według niego osiągnięcia i plany naukowe muszą być prezentowane społeczeństwu w sposób jasny i zrozumiały. Ono bowiem w większości opłaca działalność instytutów naukowych. Oddzielną kwestią jest stopień zrozumienia tych kwestii. Rozmawiając z wieloma ludźmi, nawet wykształconymi, stwierdziłem z przerażeniem, że nie mają oni pojęcia o co chodzi np. w klonowaniu. W wyobraźni większości społeczeństwa technika ta umożliwia natychmiastowe powielenie dowolnego osobnika, przy czym od razu jest on dorosły, silny i o dziwo ma takie samo ubranie jak pierwowzór. Ubraniem tym jest najczęściej mundur Adolfa lub Józefa Wisarianowicza. Jakoś nikt nie myśli o np. Einsteinie. Proszę odpowiedzieć sobie dlaczego tak jest.  

Korzyści jakie płyną z inżynierii genetycznej są olbrzymie. Prawdą jednak jest, że niektóre zagadnienia kwitowane są przez naukowców stwierdzeniami: „nie ma tu jasnego poglądu” lub „wydaje się być prawdopodobne” co w tłumaczeniu na język ulicy brzmi: ”nie mamy zielonego pojęcia”.  To napawa niepokojem, a jednocześnie  pewne kwestie nie mogą być rozstrzygnięte w sposób ostateczny bez eksperymentu na człowieku. Ustalenie konsensusu będzie niezwykle trudne. Niewątpliwie sztywne stanowiska temu nie sprzyjają.

Genetyka rozwijać się będzie. Co do tego nie ma wątpliwości. Pozostaje jednak wyznaczenie granic poza którymi zaczyna się zło. Obawiam się, że będzie to o wiele trudniejsze niż odczytanie ludzkiego genomu. Wielość doktryn filozoficzno-religijnych współczesnego świata, czyni w moim pojęciu nawet dyskusję prawie niemożliwą. Wydawać by się mogło, że zapewnienie powszechnego dobrobytu i zdrowia nie powinno budzić negatywnych emocji. A jednak liczy się droga w jaki sposób się to osiąga. Inna rzecz, że  nie pamiętamy, że wiele dziś powszechnych sposobów leczenia czy zapobiegania chorobom, okupiono cierpieniami wielkich rzesz zwierząt i ludzi. Wrażliwość społeczna uległa jednak wyostrzeniu. Skądinąd zresztą słusznie.

Kierunek filozofii, który opowiada się za: „zapewnieniem możliwie najwięcej szczęścia dla możliwie największej ilości ludzi” zwany jest utylitaryzmem. Jego początki znajdujemy u Johna Stuarta Milla, żyjącego w XIX w. Współczesnym propagatorem utylitaryzmu jest Australijczyk wykładający w Princeton, Peter Singer. Jego poglądy dla niektórych dość kontrowersyjne zwłaszcza w kwestiach eutanazji czy określania definicji i początków istoty ludzkiej, dość jasno precyzują zakres i ograniczenia badań genetycznych. Jego publikacje, warte są lektury, choć jak wspomniałem niektórym wydadzą się obrazoburcze. Przy tej okazji należy przypomnieć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu problem transplantacji i definicji śmierci, był równie trudny. Jeszcze i dziś zdarzają się ludzie, którzy potrafią oświadczyć że nie zgadzają się na pobranie ich narządów po śmierci. Nie mogę zrozumieć co nimi kieruje, tym bardziej, że większość z nich to chrześcijanie.

Czeka nas trudna i ciekawa dyskusja o granicach człowieczeństwa, godności osoby ludzkiej, godności embrionu i wielu innych kwestiach. Jej rezultaty zaważą na losach ludzi w następnych stuleciach. Jej odwlekanie to śmierć tysięcy naszych bliźnich, lekceważenie zagrożeń to narażanie się na nieobliczalne skutki, przy których sprawa „Talidomidu” wyda się śmieszna. Owca Dolly, pojawienie się której zwróciło uwagę na to jak daleko zaszliśmy w badaniach będzie milczeć. Wystarczy, że była i milczała.

czwartek, 1 sierpnia 2013

KOŁO FORTUNY SIR CHARLESA


„Naturo, bezlitosna i bezwzględna,

Co o niczym nie wiesz i o nic nie dbasz”

                A..E. Housman, poeta angielski


 
Jakiś czas temu  przez media przetoczyła się dyskusja na temat zasadności wykładania w szkołach teorii Darwina. Trzeba trafu, że jej inicjatorem był wiceminister oświaty (pan Orzechowski). W sukurs przyszedł mu profesor genetyki drzew, który podał dość trzeba przyznać śmiałą tezę, że ludzie żyli onegdaj razem z dinozaurami, czego dowodem jest Smok Wawelski. Żeby upewnić tych, którzy sądzili, że to spóźniony Prima Aprilis, iż są w błędzie pan poseł urządził w Europarlamencie konferencje prasową dla „naukowców” , uważających podobnie jak on, że świat został stworzony przez Boga 6450 lat temu w postaci w jakiej mamy okazję obecnie go oglądać.  Właściwie można by jak napisał Mark Twain „spuścić na to widowisko zasłonę miłosierdzia”, lecz okazuje się, że w wielu krajach (nie teokratycznych) teoria ewolucji jest co najmniej konstatowana. Szokującym jest fakt rozpowszechniania podobnych bredni przez ludzi z tytułami naukowymi oraz jak w przypadku naszego ministra mającego kiedyś  realny wpływ na nauczanie młodzieży. Choć Kościół poprzez usta Jana Pawła II oraz oświadczenie Episkopatu przyznaje, że bezpośredni kreacjonizm nie należy już do magisterium jego magisterium, nie miało to większego wpływu na stanowiska wymienionych osób.
Dyskusja nad tym problemem trwa już co najmniej od ogłoszenia prze sir Charlsa swoich przemyśleń. Sadzę jednak, że i przed nim byli ludzie, którym nie do końca odpowiadały słowa zapisane w Biblii. Do pytań tych jeszcze zresztą powrócimy.
Kilkanaście lat temu ogłoszono informację o odczytaniu ludzkiego genomu. Wybitni przedstawiciele zawodu lekarskiego antycypowali wówczas w „Wiadomościach” co też będzie można za kilka lat uzyskać. Słowa: wieczna młodość, zwycięstwo nad rakiem, to tylko niektóre z motywów tamtego dnia. A jednak sytuacja nie jest wcale taka jasna. To tak jakbyśmy poznali ilość miejsc na parkingu. Teraz trzeba się dowiedzieć, jakie tam samochody parkują i dlaczego właśnie takie. I jeszcze najważniejsze: co też one przewożą. Ale, żeby nie być malkontentem przyznajmy odkrycie wielkie, choć spora grupa naukowców przyznaje się do ojcostwa. Czemuż jednak genetyka budzi takie emocje? Jaką rolę odgrywa dziedziczenie w życiu na Ziemi? Odpowiedź na to pytanie stanowi równocześnie deklarację światopoglądową. Kreacjonizm czy ewolucja?. Geny czy nadprzyrodzone siły sprawcze? Te pytania, na które istnieją różne odpowiedzi, nurtują ludzkość od czasów Mendla i Darwina. W pytaniach tych zawarty jest nie tylko problem początku i rozwoju świata, to także pytania o sens cierpienia, śmierci, walki o byt i przedłużenia gatunku, a może tylko zapisu genetycznego. Istnieją teorie, że tylko taki świat, jaki oglądamy jest możliwy. Wynika to z takiego a nie innego ładunku elektronu czy wielkości jądra atomu helu. Przesunięcie tychże, choćby o niemierzalną wartość spowodowałaby niestabilność, która uniemożliwiłby powstanie zjawiska zwanego życiem. Lecz podobno w odległych galaktykach odkryto węglowodany. Czyżby zatem życie w rozumieniu ziemskim kwitło jeszcze gdzieś? Na odpowiedź zapewne trzeba będzie jeszcze długo poczekać.
Do czasu podróży Darwina dookoła świata sprawa była dość jasna: Bóg stworzył świat kilka tysięcy lat temu, od razu ze wszystkimi stworzeniami i oczywiście człowiekiem jako panem i strażnikiem boskiego dzieła. Nawet w języku można odnaleźć echo tej teorii. Przecież zwierzęta nazywamy inaczej właśnie stworzeniami. Znaleziska kości prehistorycznych gadów nieco zaburzały ten obraz, lecz uważano je za artefakty niegodne uwagi prawdziwej nauki. Co rusz odbywam dyskusję z przedstawicielami  jednego z kościołów, skądinąd inteligentnymi ludźmi, którzy z całą powagą, podobnie jak prof. Giertych zaprzeczają istnieniu dinozaurów w epoce im przypisywanej, oraz teorii ewolucji. Przyznam ze skruchą, że wobec tak skrajnego stanowiska jestem intelektualnie bezsilny. W jednym ze stanów USA na skutek nacisku ortodoksyjnych wyznawców kreacjonizmu zakazano wykładania teorii ewolucji, jako dowiedzionej i zgodnej ze współczesną wiedzą.
 Próby pogodzenie religii (ortodoksyjnej) i nauki są niezwykle trudne. Papież Jan Paweł II w encyklice „Fides et ratio” oraz na spotkaniu z naukowcami w Toruniu, w 1999 roku, próbował rozgraniczać, a jednocześnie godzić te sprawy. Pozostaje kwestią otwartą czy jest to możliwe. Dla pogodzenia tych sprzecznych interpretacji stworzenia i działania wszechświata ukuto teorię: „ nonoverlapping magisteria”, co można by przetłumaczyć jako: „nie zachodzące na siebie (niesprzeczne) wyjaśnianie istoty rzeczy”. Krótko mówiąc zdaniem zwolenników tejże teorii, zarówno tłumaczenie w oparciu magisterium Kościoła jak i odkrycia naukowe są słuszne, do pogodzenia ze sobą i nie wykluczają się wzajemnie.
W ostatnich latach modna stała się teoria „inteligentnego projektu” czyli zakładająca kreację świata jako takiego przez istotę nadprzyrodzoną z równoczesnym działaniem zjawisk opisywanych przez naukę jak np. ewolucji. Hipoteza moim zdaniem dość karkołomna i bliższe są mi tu słowa R. Dawkinsa : „ Gdy mamy do czynienia z dwoma przeciwstawnymi poglądami głoszonymi z równym przekonaniem, prawda niekoniecznie leży dokładnie pośrodku. Może okazać się, ze jedna ze stron po prostu się myli” .
 Sam Karol Darwin, nim ogłosił teorię ewolucji, poddawał ją przez dwadzieścia lat krytycznej analizie. O wiele dłużej zastanawiał się nad swoim stosunkiem do religii, nim stał się agnostykiem. Badacze jego biografii twierdzą, że wpłynęły na tę decyzję dwa fakty. Pierwszym była śmierć jego córki, zaś drugim właśnie odkrycie praw rządzących naturą, a jednocześnie jej niepisanego okrucieństwa i braku jakichkolwiek zasad, które ludzie nazywają moralnością. Jeżeli, jak oznajmia Pismo, człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga, jego optyka percepcji świata powinna być bliska boskiej. A jednak człowiek dostrzega wokół siebie tyle zła, bezsensownego cierpienia i bólu, że zaczyna powątpiewać w boskie pochodzenie natury. Ten właśnie argument najczęściej podawany jest przez ludzi, którzy wiarę utracili. To pytanie pierwszy sformułował Leibniz w „Teodycei”. Odpowiedzi, która zadowoliłaby wszystkich jak dotąd nie udzielono. Zasada świata jest prosta, aby przeżyć trzeba zabić, a samemu uniknąć śmierci. Wśród dzikiej przyrody śmierć naturalna jest rzadkością i dotyczy stworzeń ze szczytów piramidy pokarmowej. Niektóre zachowania zwierząt budzą odrazę, lecz tylko dlatego, że oceniane są ludzką miarą. Klasycznym przykładem, który już Darwinowi spędzał sen z powiek, jest cykl rozwojowy osy samotnej zwanej gąsienicznikiem. Otóż samica tego owada składa jaja w ciele gąsienicy konika polnego. Przedtem żądli ja w zwój nerwowy, aby spowodować paraliż, lecz nie śmierć. Rozwijające się larwy zjadają zatem powoli wnętrze żyjącego stworzenia. Przejęty ojciec ewolucji pisał: „Nie potrafię sobie wyobrazić, że miłościwy i wszechmocny Pan mógł w sposób celowy stworzyć gąsieniczniki z wyraźnym przeznaczeniem ich do odżywiania się w ciałach żywych gąsienic”. Odpowiedź na to pytanie każdy musi dać sobie sam. Darwin pisał o problemie wiary: ”W moim najgłębszym przekonaniu jest to problem przekraczający możliwości ludzkiego intelektu (...). Niechaj każdy człowiek ma nadzieję i wierzy w to, co mu odpowiada”.
Natura jest indyferentna. Nie jest ani dobra ani zła, oczywiście w ludzkim odczuciu tych pojęć. Natura po prostu jest. Tak jak rodzice są już na świecie gdy się rodzimy i tego faktu nie da się zmienić. Zaryzykujmy więc twierdzenie, że świata nie da się opisać ludzkimi pojęciami z zakresu moralności, etyki i innych cech z gatunku tak zwanych uczuć wyższych. Jak więc tego dokonać? Oczywiście na to pytanie nie ma jednoznacznej i powszechnie przyjętej odpowiedzi. Tu tkwi różnorodność światopoglądowa.
Niewątpliwie ze wszystkich prób opisu świata, najbardziej bliskie prawdzie jest podejście naukowe. Niezaprzeczalnym faktem jest to, że dotychczas to raczej religia ustępowała pola nauce niż odwrotnie. Oczywiście nie odbyło się bez drobnych, rzekomych zwycięstw religii, że wymienimy Galileusza czy Gordiano Bruno. Jednak słynne Galileuszowe: „ A jednak się kręci” zapowiadało pełne zwycięstwo Prawdy. Apologeci Kościoła oczywiście podkreślą fakt, że to przecież tylko ludzie błędnie interpretowali Pismo i stąd całe zamieszanie. Ponadto Galileusz doczekał się rehabilitacji. Dość późno trzeba przyznać. Cały ten wywód jednak, nie ma na celu deprecjacji wiary w Boga, lecz jedynie ma wykazać, że sztywna interpretacja tekstów religijnych prowadzi donikąd.
Naukowiec musi dążyć do odkrycia praw rządzących światem niezależnie od swojego podejścia do religii. W niektórych dziedzinach nauki staje się to jednak trudne. W roku 1914 psycholog James Leuba przeprowadził wśród amerykańskich naukowców test, sprawdzający ich wiarę w Boga. Zadał dwa pytania będące fundamentem wiary: „Czy wierzysz w Boga będącego w uczuciowym i intelektualnym kontakcie z ludźmi i na którego decyzje wpływają Twoje modlitwy. I po drugie, czy wierzysz w osobistą nieśmiertelność”. Pytania te ponownie zadano naukowcom w roku 1933, 1996 i 1998. Okazało się, że czterech na dziesięciu ankietowanych w ten sposób wierzyło w Boga. Liczba ta nie zmieniła się w kolejnych badaniach, także współcześnie. Jednak elita naukowa - członkowie Amerykańskiej Akademii Nauki w 90% deklarowała ateizm, a wśród biologów odsetek ten wynosił 95. Wśród tego grona zdarzają się również ludzie głęboko wierzący, lub tacy jak cytowany już  Richard Dawkins „guru” neodarwinizmu, który wiarę w Boga porównuje do wiary w dobre wróżki. Dawkins właśnie jest autorem jednej z ciekawszych interpretacji natury, której wykład zamieścił w swej książce „Samolubny gen”. I tu wracamy do początku artykułu. Geny. Czym są? Czy tylko narzędziem do przekazywania cech do następnych pokoleń, czy może to one stanowią istotę rzeczy, a cały świat jest jedynie dekoracją genetycznego teatru? Ta z pozoru absurdalna idea, wymaga bliższego przyjrzenia się nim zostanie z niesmakiem odrzucona jako urągająca szczytnemu posłannictwu człowieka na Ziemi. Nasz ogląd świata jest skażony (oczywiście nie w negatywnym sensie) kulturą, religią, normami społecznymi, prawem etc. A jednak, gdy uda nam się zdjąć owe filtry, możemy dostrzec czystą biologię zwierzęcia o nazwie gatunkowej Homo sapiens. To tak jakby pierwsze filmy braci Lumiere oczyścić komputerowo z zadrapań, przywrócić normalną szybkość przesuwu taśmy. Zobaczymy tamten świat takim, jaki był w celowniku kamery pierwszych operatorów. To zadanie trudne, a rezultaty, choć czyste i piękne logicznie, napełniają smutkiem.
Klasyczny darwinizm głosi, że ewolucja polega na faworyzowaniu cech pomagających w przetrwaniu w określonych warunkach i eliminowaniu niepotrzebnych, a zwłaszcza obarczonych wydatkiem energetycznym. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że to właśnie człowiek dokonał wyłomu w tym prawie. Stać nas na „ewolucyjne fanaberie”, choć nieraz płacimy za nie słono. Piękno przyrody nie zostało stworzone dla nas. Jesteśmy jedynie przypadkowymi widzami spektaklu zwanego naturą. Rajski ptak, ani paw nie stroszą piór dla ludzi. Nawet słowik nie śpiewa dla Julii czy Romea. Śpiewa jedynie po to by znaleźć samicę i przekazać cząstkę siebie, swoje geny. Mówi samicy, tak jak każdy samiec, tylko to: „Popatrz jestem piękny i silny, mam dobre geny. Twoje potomstwo spłodzone ze mną będzie takie jak my, a może jeszcze lepsze!” To samo przekazuje jeleń na rykowisku, lew na sawannie czy goryl w dżungli. A ludzie? Oczywiście, że znalezienie partnera życiowego nie odbywa się tak prosto. Jednak ośmielam się twierdzić, że nie odeszliśmy bardzo daleko od naszych braci mniejszych. Na co zwracamy uwagę obserwując ludzi w tłumie? Na cechy zewnętrzne rzecz jasna. Czym jest uroda kobiety i tak zwana przystojność mężczyzny. Jest oznaka zdrowia, a ogólniej czegoś co nazwalibyśmy dobrostanem. Tu mieszczą się już cechy związane z cywilizacją, takie jak elegancki ubiór, dobry samochód, itp. Powie ktoś, przecież ta urocza pani czy przystojny pan mogą okazać się kretynami niegodnymi minuty rozmowy. Zgoda. Ale to właśnie na niej lub na nim zatrzyma się Twój wzrok, a dopiero potem omówicie poglądy Platona czy rezultaty odkrycia sekwencji genów w chromosomie 21. Człowiek nie ma barwnych piór czy siły lwa, ma jednak pieniądze, dom, samochód, inteligencję... . Osobiście widzę tu wspólny mianownik.
Pozostaje jednak jeszcze co najmniej jedna kwestia. Jako część przyrody (temu nikt nie zaprzecza), podlegamy jej prawom. Cała historia współczesnego człowieka, to historia jego walki z przyrodą i przy okazji z bliźnimi. W wielu miejscach udało się nam odnieść wielkie zwycięstwa. Twory cywilizacji na trwałe zrosły się z naturalną przyrodą zazwyczaj niszcząc ja bezpowrotnie. Nie wszystko jednak idzie po myśli człowieka. Przede wszystkim nadal starzejemy się i umieramy a nade wszystko cierpimy. Czym jest cierpienie? Odpowiedzi na to pytanie zależy od światopoglądu, o czym pisałem w poprzednim artykule..
Cierpienie jest przypadkiem genetycznym lub losowym. Mówimy rzecz jasna o cierpieniu fizycznym, choć i pewnie konstrukcja naszej psyche zależy od genów. Cierpienie nie ma żadnego sensu transcendentnego, a ból sam w sobie jest jedynie sygnałem o tym, że coś się złego w naszym organizmie dzieje. Tylko tyle, a może aż tyle. To co robimy cierpiąc to już zupełnie inna sprawa i ona natury nie interesuje. Można przeklinać i bluźnić, lub cierpieć w milczeniu dając przykład świętości. Pytanie o efekt takich zachowań ma jedynie sens filozoficzny lub religijny.
Codziennie otwieramy los genetycznej loterii. Czytamy wyrok na dziś: będziesz zdrowy, dowiesz się że masz raka, dziś umrze Twoja matka i tak dalej. Niekiedy znudzeni samymi wygranymi zapominamy o fatum, które i tak przyjdzie.
Naukowcy, którzy odkryli zapis genetyczny człowieka, są niczym dzieci, które przed otwarciem próbują znaleźć pełne losy. Ale jak pamiętam z czasów mego dzieciństwa w kiosku „Ruchu”, który stał przy drodze do mojej szkoły, było ich zawsze bardzo mało, a może w ogóle... .                                           

niedziela, 23 czerwca 2013

STAROŚĆ BRACISZKA MENDLA.


„Gdyby starość mogła, a młodość wiedziała... . ”



 
Aforyzm Seneki, stanowiący motto poniższych rozważań, bodaj najlepiej oddaje istotę przemijania czasu człowieka. Z wiekiem kumulują się nasze doświadczenie życiowe, przeżyte zwycięstwa i porażki pozwalają spojrzeć na rzeczywistość z pewnego dystansu. Starzy ludzie pozbawieniu już wielu emocji zwłaszcza o podłożu seksualnym, potrafią kierować się bardziej rozumem czy też doświadczeniem, które podpowiada co kryje się na końcu tej drogi. Lecz zastanówmy się, czy współcześnie rola starszych osób jest podobna do tej sprzed 100- 200 lat, czy potrzebne są nam niczym plemionom indiańskim Rady Starszych. Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy najpierw zdefiniować starość. Wbrew pozorom nie jest to łatwe, gdyż definicja ulegała zmianom na przestrzeni dziejów. Gatunek Homo sapiens wyłonił się w wyniku ewolucji na przestrzeni kilkuset tysięcy lat. Stosunkowo duża rozbieżność czasowa wynika z dyskusji nad interpretacją znalezisk kopalnych, oraz uznaniem niektórych zachowań za ludzkie. Najczęściej za takowe przyjmuje się świadome wytwarzanie narzędzi pracy, wspólne polowania oraz pochówek zwłok, co można wiązać z narodzinami religii. Życie owych pierwotnych istot ludzkich podlegało takim samym prawom natury jak innych gatunków zwierząt. Średni czas życia pierwszych ludzi był niezwykle krótki i szacuje się go na podstawie zapisu kopalnego na około 20 lat. Śmierć siały choroby, a także obrażenia doznane na polowaniach i w innych wypadkach. Tak więc „starcy” w dzisiejszym pojęciu praktycznie tu nie istnieli, a doświadczenie osiemnastolatka obejmować mogło całą ówczesną wiedzę. W czasach pierwszych cywilizacji w Grecji, Rzymie czy Mezopotamii rozwój higieny i medycyny pozwolił na pewne przedłużenie średniego czasu przeżycia, lecz nadal ludzie po 50-tym roku życia byli rzadkością. Tu jednak pojawia się następny aspekt naszych rozważań a mianowicie wykształcenie. Ono bowiem, prócz wieku, decydowało o szacunku i estymie jaką otaczano ludzi starych. W każdej z wymienionych cywilizacji spotykamy instytucje przeznaczone dla starszyzny dla dobra ogółu. To oni często decydowali o wojnie i pokoju, o kształcie polityki państwa i innych nie mniej istotnych sprawach. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez następne tysiąclecia. W wiekach średnich nastąpił ponowny spadek średniej długości życia, a 20-letni król nikogo nie dziwił. Ludzie czterdziesto- i pięćdziesięcioletni stanowili niewielki procent.
Rozwój nowoczesnej medycyny datowany mniej więcej od okresu Oświecenia pozwolił na pokonanie wielu chorób, dotychczas śmiertelnych. Szczepienia ochronne, znieczulenie ogólne, aseptyka, odkrycie bakterii wprowadzenie zasad higieny do codziennego życia to tylko niektóre z odkryć, które zmieniły oblicze świata i gatunku ludzkiego. Te wielkie wydarzenia spowodowały wydłużenie się średniego czasu przeżycia człowieka do około 70 lat. Człowiek całkowicie opanował Ziemię i wszelkie jej żywioły. Bez naturalnych wrogów stał się największym drapieżnikiem, niemającym sobie równych w okrucieństwie, również w stosunku do braci w gatunku. Zagrożony tylko przez współbraci dożywa swoich dni we względnym dobrobycie i spokoju.
Teoretyczne rozważania co do długości życia człowieka oceniają je na około 115 lat. Tajemnica starzenia się nie została do końca wyjaśniona. Najprawdopodobniej tkwi ona w zaprogramowanej ilości podziałów komórkowych (tzw. liczba Hayflicka). Pod koniec lat 90-tych XX wieku odkryto telomery, będące końcowymi fragmentami chromosomów. Każdy kolejny podział komórki skraca telomery. Tych podziałów prawdopodobnie może być najwyżej pięćdziesiąt. Następnie komórki a wraz z nimi organizm obumiera. Wraz z telomerami, odkryto enzym telomerazę, który „odbudowuje” zużyte telomery, zapewniając komórce, przynajmniej w hodowli „in vitro” nieśmiertelność. Lecz „in vivo” sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana i faustowskie nadzieje związane z telomerami  póki co rozwiewają się. Sprawa starzenia się organizmu jest bardzo skomplikowana. Działają tu zarówno czynniki genetyczne jak i środowiskowe. Te ostatnie wydają się mieć bardzo duże znaczenie. Niehigieniczne zachowania takie jak alkoholizm, nikotynizm, działanie trujących substancji w pokarmach, promieniowanie jonizujące to tylko niektóre z listy zagrożeń. Kumulujące się z biegiem czasu szkodliwe oddziaływania na komórki człowieka owych substancji powodują uszkodzenie materiału genetycznego, jak również bezpośrednie uszkodzenie ich cytoplazmy. Suma tych mikrouszkodzeń powoduje katastrofalne, nieodwracalne skutki. Śmierć to zakończenie procesu samodestrukcji. Głębokość uszkodzenia a nade wszystko ich lokalizacja determinuje jakość życia u jego kresu. Do tego tematu jeszcze wrócimy.
Współczesna medycyna określa jako człowieka starego osobnika, który ukończył 65 lat. Ta cezura czasowa jest oczywiście umowna i prawdopodobnie z biegiem czasu ulegnie przesunięciu, lecz trzeba ustalić jakąś wartość, choćby w celach porozumiewania się w temacie. Truizmem jest stwierdzenie, że każdy starzeje się indywidualnie. Ilość czynników wpływających na ten proces jest tak wielka, że nie sposób go przewidzieć. Może on również zostać zmieniony poprzez jakąś sytuacje nagłą np. uraz w wypadku komunikacyjnym.
Ogólnie można stwierdzić, że w procesie starzenia się człowieka dochodzi do jakby dwóch przeciwstawnych procesów. Po pierwsze ciało ulega powolnej destrukcji, zaś doświadczenie życiowe i umiejętność rozwiązywanie pewnych problemów znacznie zwiększa się. Lecz zadajmy sobie pytanie czy jest tak zawsze. W czasach historycznych jak wspomnieliśmy wiek i mądrość były niemal tożsame. Czy tak jest i dzisiaj? Na pewno nie. Wiedza 85-letniego rolnika z okolic Suwałk jest niczym wobec wiedzy 25-letniego absolwenta uniwersytetu. Tak więc wiedza i wiek wzięły wyraźnie rozwód. Pozostaje do rozpatrzenia tak zwana mądrość życiowa, choć pojęcie to wymyka się jednoznacznej definicji. Mądrość życiowa wspomnianego rolnika może ograniczać się do całkowicie już nieprzydatnych pojęć i przesądów np. o przewadze psiego smalcu nad antybiotykami w leczeniu zapalenia płuc. Z drugiej zaś strony może być on skarbnicą wiedzy historycznej czy socjologicznej. Młody człowiek w ciągu kilku godzin pracy z Internetem dowie się więcej niż jego dziadek w ciągu całego życia. W rzadkich przypadkach zaawansowany wiek, wiedza i mądrość życiowa będąca sumą wielu doświadczeń, występują u jednego człowieka. Nie stanowi to już jednak takiej wartości jak kiedyś i jest to prawda naszych czasów. Pamięć zbiorowa przeszła z mózgów ludzkich na dyski magnetyczne i inne nośniki informacji. Tego cofnąć się nie da.
Można więc stwierdzić, że rola starców jako doradców, arbitrów czy mentorów skończyła się. Kim więc są dzisiejsi staruszkowie?
Po pierwsze jest ich więcej niż 100 lat temu ( w stosunku do ogółu społeczeństwa) a ich liczba nadal rośnie. Postępy medycyny, mimo iż nie ziściły snów średniowiecznych alchemików o wiecznej młodości, zapewniają zdrowsze i dłuższe życie. Operuje się 90-cio i 100-letnich ludzi. Nie zawsze wynik tych zabiegów jest zgodny z oczekiwaniami, ale życie uważane za największą wartość przez większość ludzi, przedłużane jest znacznie. Pozostaje jednak kwestia jego jakości. Starość sama przez się narzuca ograniczenia dla ciała. Wspomniane procesy destrukcji mogą dotyczyć narządów o różnej ważności dla życia człowieka. Jeżeli pojawi się np. niedokrwienie kończyny, które zmusi chirurga do amputacji, to można zastosować protezy czy kule służące do w miarę normalnego poruszania się. Co jednak, gdy destrukcja dotyczy mózgu? Człowiek staje się bezwolny, zdany na łaskę innych często obcych ludzi. Zanieczyszcza się, cierpi z powodu odleżyn itp. Przy często zachowanej świadomości i jasnej ocenie tragizmu sytuacji nie jest w stanie nawet poruszyć powieką. Ból fizyczny jest łatwy do zniesienia dla współczesnej farmakologii i nie stanowi problemu, ból psychiczny jest bardziej dotkliwy. Dochodzimy powoli do najbardziej dramatycznego momentu życia, jakim jest śmierć.
W tradycyjnym modelu rodziny dziadkowie mieszkali z dziećmi i wnukami, teoretycznie ciesząc się ich szacunkiem i miłością. Praktyka wyglądała różnie.
W modelu nowoczesnym, co nie znaczy dobrym, dzieci jak najprędzej opuszczają dom rodzinny, żyjąc na własny rachunek. Rodzice dopóki mogą radzą sobie sami, a gdy nadchodzi okres niedołęstwa czy choroby przenoszą się do domu opieki nad osobami w ich wieku. Nie oznacza on braku miłości do rodziców, lecz odzwierciedla pewne zmiany społeczne. Taki stan rzeczy jest normą w USA i wielu krajach Europy Zachodniej. Niewątpliwie za kilkanaście lat będzie tak również w naszym kraju. Współczesne warunki społeczne uniemożliwiają wręcz prawidłową opiekę nad starszą osobą sprawowaną przez rodzinę. Instytucje do tego powołane wydają się wręcz w pewnych sytuacja wybawieniem. Oczywiście aspekt moralny, zwłaszcza w Polsce będzie jeszcze długo dyskutowany, lecz wydaje się, że nie ma drogi odwrotu.
Los ludzi starych, chorych i niedołężnych zawsze był papierkiem lakmusowym dobrobytu całego społeczeństwa. W naszym kraju jeszcze długo ta właśnie grupa społeczna będzie najlepszym obszarem do oszczędzania zarówno dla poszczególnych rodzin jak i dla gospodarki narodowej. Obiegowa opinia twierdzi, że stary człowiek nie potrzebuje wiele dla siebie. Utwierdza w tym przekonaniu los wielu staruszków dzielących swój wdowi grosz z rodziną . A przecież tak nie powinno być. W krajach bogatych to właśnie starsi ludzie są klientami biur podróży, sklepów, salonów piękności i tym podobnych instytucji. Po latach ciężkiej pracy zbierają jej owoce.
Próba zachowania młodości jest nieobca każdemu. Objawy starzenia się organizmu budzą lęk i powodują smutek. Do walki z nimi  przygotowano wiele sposobów. Aerobik, masaże, kremy przeciwzmarszczkowe, operacje plastyczne to niewyczerpane źródło zarabiania na naiwnych. Walka ze starością przybiera nieraz karykaturalne formy. Gwiazdy filmowe po kilkunastu operacjach plastycznych nadal udają młode dziewczyny, budząc jedynie niesmak i politowanie. Lecz to i tak nic w porównaniu z działaniami w przeszłości, gdzie nie wahano poświęcić życia innego człowieka dla zapewnienia sobie „wiecznej młodości” .  Jest tu tylko jedna rada zawarta w słynnej „Dezyderacie”: „ Przyjmuj spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości”.
Człowiek współczesny patrzy na świat poprzez pryzmat kultury, religii, nakazów i zakazów. Tymczasem świat ma podłoże biologiczne, o czym wydajemy się zapominać. Rola jednostki jest dość jasno zdefiniowana poprzez zawartość jej puli genowej. Cel jest właściwie jeden. Przekazać życie, a właściwie swoje geny do następnego pokolenia. Cały świat wokół nas realizuje to zadanie, a i my podlegamy czasem nieświadomi nakazom natury. Rolą rodziców jest spłodzenie i wychowanie swego potomstwa aż do momentu uzyskanie przez nie samodzielności i możliwości posiadania swoich dzieci. Tu rola rodziców się kończy. Geny zostają przekazane dalej z wraz z nimi cząstka nas samych. Oczywiście, że w świecie zwierząt czy roślin wszystko wygląda prosto. Natury nie interesuje los starych zwierząt (jak również ludzi!). Tu nie ma moralności, litości czy grzechu zaniedbania. Natura jest indyferentna. Po porostu jest.
Czy nam się to podoba czy nie (a wielu się nie podoba), jesteśmy częścią tejże natury. I nam nieobce są egoistyczne postawy wobec siebie i bliźnich. Na naszych oczach starzeją się rodzice, dziadkowie i znajomi. Lecz bardziej przejmujemy się chorobą dziecka niż dziadka. To, że dziadkowie chorują i umierają jest jakby normalne. Taki, bowiem jest program genetyczny naszego organizmu. Śmierć jest wpisana w życie, podobnie jak choroba czy stres. Może ją przyspieszyć jakiś uraz, katastrofa czy niespodziewana choroba,. Większość jednak ludzi umiera „zgodnie z planem”. Nieśmiertelność jest i na pewno będzie niemożliwa co najmniej w dwu aspektach. Po pierwsze jak wspomniano istnieją ograniczenia natury biologicznej, które nie wchodząc w szczegóły omówione częściowo powyżej w końcu powodują śmierć. Istnieje jednak i inny rodzaj śmierci-śmierć społeczna. Życie trwa tu i teraz. Ludzie, którzy tracą swoich bliskich i swoich przyjaciół tracą wreszcie swój świat, a ten wokół staje się niezrozumiały i okrutny. Być może tu bardziej niż w biologii tkwi zagadka śmierci i nieśmiertelności.
Pozostaje jednak do przekroczenia granica życia. O ile samo zjawisko śmierci jest sprawiedliwe, gdyż dotyczy wszystkich, tak rodzaj i czas śmierci napawa przerażeniem. Niewielu istot ludzkich umiera jak to się popularnie określa „ze starości”. Dla większości przejście na „tamta stronę” jest mniej komfortowe. Przysłowie ludowe powiada, że „starość nie udała się Panu Bogu”. Trudno zaprzeczyć tej tezie. Wzmiankowane wyżej zmiany organizmu postępujące z wiekiem powodują ograniczenie wielu funkcji i wyraźne obniżenie jakości życia. Filozofowie, etycy, lekarze, socjologowie i inni znawcy problemu nie potrafią dać jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o sens i godność starości i końca życia. Stanowisko Kościoła Katolickiego jest jednoznaczne: Tylko Bóg może decydować o czasie i rodzaju śmierci. Poglądy innych religii wykazują w tej kwestii niespotykaną w innych problemach zgodność. A przecież u podstawy tego problemu leży główne prawo ewolucji głoszące, że osobnik po wypełnieniu swej misji przekazana życia do następnego pokolenia jest już niepotrzebny. Co więcej jego utrzymywanie jest ewolucyjnie nieopłacalne. Ta okrutna z punktu widzenia moralności ludzkiej prawda jest podstawą zrozumienia procesów starzenia się i śmierci. Podkreślmy jeszcze raz moralność nie ma nic wspólnego z biologią. Zupełnie nic. Czy jednak obserwując zachowania niektórych ludzi w stosunku do swoich rodziców i dziadków nie rodzą się wątpliwości, co do ponoć najwyższego stopnia rozwoju człowieka?
Jakość życia ludzi starych zmienia się. Zazwyczaj znacznie pogarsza się. Starzy ludzie niekiedy czują się ciężarem dla innych, co bywa nawet powodem samobójstw. Wielu z nich niestety nie zdaje sobie sprawy z otaczającej rzeczywistości cierpiąc na różnego rodzaju zespoły otępienne. Jakość opieki nad nimi zależy niestety zazwyczaj od posiadanych zasobów finansowych.
Jacy więc są staruszkowie? Czy przypominają babcię w bujanym fotelu, robiąca na drutach i otoczoną wnukami, czy raczej kloszarda grzebiącego w śmietnikach? Prawda leży pośrodku i zależy od zamożności społeczeństwa, ale również od jego zasad moralnych. Problem ten jak wspomnieliśmy będzie się nasilał, a w końcu dosięgnie każdego z nas. Fundusze emerytalne w swych reklamach pokazują dostatnia starość w pełni zdrowia i energii. Jednak nie wszystko zależy od pieniędzy, bo godne życie można wieść nawet na średnim poziomie. A i tak los jaki wyciągnęliśmy na loterii genowej zwanej życiem może zadecydować zupełnie inaczej niż pragniemy i uczynić naszą starość piekłem.
Nie wiedział o tym brat Mendel, gdy podlewał w przyklasztornym ogródku kolorowe kwiaty, które po wyprodukowaniu nasion kwiatów w nieco innych, lecz przewidywalnych kolorach więdły i umierały by trwać w przyszłych pokoleniach łąk na Morawach.
A na koniec tego nieco przydługawego może tekstu jeszcze jeden cytat z Ewangelii Janowej: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś.
Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje,
a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21, 18).