Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrona zwierząt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrona zwierząt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 sierpnia 2015

"TRADYSZYN"



Na początek anegdota. Na stacji, pośrodku nocy i podróży zatrzymuje się pociąg dalekobieżny. Jeden z pasażerów, ziewając otwiera okno i widzi gościa w kolejarskiej czapce, który chodzi wzdłuż pociągu i długim młotkiem z dziwnymi obręczami na trzonku, uderza w koła. Zaciekawiony pyta kolejarza: "Panie, co pan robi właściwie, zawsze chciałem o to zapytać, a teraz mam okazję". "Hm", odpowiada pracownik PKP, "uderzam w koła młotkiem, tak mnie nauczył mój majster 40 lat temu i od tej pory tak robię..." . Kolejarz powoli, nadal pukając w koła oddalił się, a  pociąg  wśród zgrzytu  szyn ruszył w dalszą podróż. Pasażer zamknął okno i ziewając pomyślał: "Pewnie to jakaś kolejarska  tradycja".   
Podobnie miłośnicy musicali pamiętają, że na większość pytań, o czasami dziwne zachowania mleczarz Tewie odpowiadał: "bo taka jest nasza tradycja".
Tradycja to rzecz święta dla wielu. Ba, twierdzą oni nawet, że pozwoliła zachować tożsamość narodową wielu uciskanych przez ciemiężcę (w tym oczywiście polskiego) narodów. Może to prawda w sensie języka, kultury czy pewnych (o tym dalej) obrzędów religijnych.  Są jednak tradycje, które budzą mój sprzeciw. Tradycje mogą, a nawet muszą podlegać weryfikacji kulturowej czy moralnej. Wielowiekową tradycją było niewolnictwo, czy w okresie nam bliższym segregacja rasowa. W drugiej połowie XX wieku w najpotężniejszym państwie świata, człowiek czarnoskóry nie mógł skorzystać z tego samego pisuaru co biały, że o wspólnym posiłku w restauracji nie wspomnę. To działo się na 5 lat przed lotem człowieka na Księżyc. To wszystko miało miejsce po tym co amerykańscy żołnierze zobaczyli w Dachau, a polscy i sowieccy w Auschwitz do czego prowadzi nienawiść na tle rasowym lub kulturowym.  W domach Niemców, ludzi wierzących w Boga, ba nawet domach parafialnych księży i pastorów służyli niewolnicy z podbitych krajów. Taka tradycja i możliwość jakie dał Führer. Dziś oficjalnie  (podkreślenie moje) nie ma już niewolnictwa i segregacji rasowej. Jest natomiast tradycja. Ma się dobrze, ba coraz lepiej, gdyż wielu ludzi postanowiło sięgnąć "do korzeni". Dotyczy zarówno ludzi jak i zwierząt. O ile ludzie w większości krajów są chronieni prawem (z jakim trudem się to zmienia niech świadczy obrzydliwa postawa prawicy i kościoła wobec tzw. ustawy przemocowej), tak sytuacja zwierząt mało kogo obchodzi. Większość z 5000 bogów i innych "bytów wyższych", którzy są czczeni na naszej planecie, wskazuje poprzez tzw. święte księgi (cała biblioteka! ) lub też poprzez bezpośredni kontakt założycieli danej religii z bogiem (czasami odpowiedniej dawki alkaloidów), wskazuje na służebną rolę zwierząt wobec człowieka.  Taka optyka, poparta przecież przez jednego z wielu bogów, stwarza nieskończone możliwości znęcania się na naszymi braćmi mniejszymi. W Nepalu corocznie zabija się toporem tysiące wołów, aby oddać cześć pewnej bogini. Nakazała ona również smarowanie krwią zabitych zwierząt samolotów startujących z miejscowego lotnika. że o drobniejszych pojazdach nie wspomnę. Ot, piękne połączenie tradycji z nowoczesnością. Ale jak można zakazać tym ludziom tradycyjnych obrzędów. Co będzie jak bogini się pogniewa, a poza tym obrazilibyśmy ich uczucia religijne. Zdjęcia z owej rzezi są tak straszne, że normalnemu człowiekowi robi się niedobrze. Podobnie jak tradycyjna rzeź grindwali na Wyspach Owczych. Zacytujmy portal Onet.pl : " Mimo sprzeciwów obrońców zwierząt, krwawa tradycja jest zaciekle broniona przez władze wysp i lokalnych mieszkańców. W tym roku tylko jednego dnia zarżnięto 250 zwierząt. Myśliwi wypatrują zwierzę i rybackimi łodziami zapędzają je do zatoki. Żeby wyciągnąć walenie na brzeg, w otwory oddechowe wbijają im tępe haki. Gdy ssaki są już wystarczająco blisko brzegu, przyłączają się kolejni mieszkańcy. Walenie zabija się następnie specjalnymi nożami. Woda w zatoce staje się czerwona od krwi. Brutalny rytuał często obserwują dzieci. Mięso z waleni jest rozdzielane między mieszkańców Wysp" . Jak wiadomo na tych wyspach nie panuje głód czy inne klęski zmuszające ludzi do takich zachowań. Jest to robione dla zabawy. Podobnie dla zabawy w katolickiej Hiszpanii odbywają się corridy. No tu entourage jest przebogaty. Tradycja, siła, męskość i inne podobne brednie uzasadniają ów dochodowy (nikt tego nie kryje) proceder. Turyści kupują bilety, są specjalne farmy hodujące odpowiednie byki. Cały obrzydliwy przemysł zabijania dla prymitywnej zabawy. Albo chora gonitwa oszalałych ze strachu byków w Pampelunie. Tradycja wielowiekowa chyba.
Są też i inne chore tradycje. Tym razem chodzi o niszczeni żywności. Nie dość, że z restauracji w krajach zachodnich wyrzuca się reszki jedzenia warte miliardy, to dla zabawy używa pokarmu  do rzucania w siebie. Taka zabawa zwana tomatiną odbywa się w (znowu!)  Hiszpanii a we Włoszech z kolei miłośnicy rozrywki rzucają w siebie pomarańczami. Nie wiem czy jest to przypadek ale oba kraje są "modelowo" katolickie. Gdyby Jezus istniał chętnie zapytałbym go czy należy w ten sposób postępować z jak sam powiedział. "owocami ziemi i pracy rąk ludzkich" . Obie zabawy budzą mój wstręt.
My w Polsce też nie mamy się czego powstydzić. Do naszych miast raz po raz zajeżdżają cyrki, które ku uciesze dzieci i starszych, o niewiele większych rozumach, pokazują tresurę zwierzą. Nieszczęsne zwierzaki wykonują podskoki, tańce i podobne hołubce, jakże "charakterystyczne" dla ich zachowań w naturze,  czynności. W jednej z bydgoskich gazet, starsza pani zapytana w ulicznej sondzie o zwierzęta w cyrku powiedziała, że tak jak sportowcy potrzebują treningu, tak zwierzęta tresury. Niestety większość społeczeństwa reprezentuje poziom intelektu owej pani. Na całe szczęście pojawiają się ludzie i  głosy zabraniające tego typu prymitywnej rozrywki. Piękną postawę zaprezentował prezydent Słupska pan Biedroń nie wypuszczając do miasta cyrku ze zwierzętami.
Psy  przywiązane na dwumetrowym łańcuchu do budy z blachy falistej to norma. Po co głupiemu bydlęciu  coś innego, niech się cieszy że ma miskę i że nie utopiono go jak był szczeniakiem. Weterynarz dla psa lub kota? Wielkopańskie fanaberie. No może krowa bo daje mleko, a pies jak zdechnie (w Polsce umierają tylko ludzie)  to się weźmie nowego.
Miną pokolenia nim ludzie zrozumieją (a jestem pewien że tak), iż nie należy krzywdzić dla zabawy istot czujących ból i strach tak jak my. Mam nadzieję, że wnuki owej pani  wypowiadającej się na temat tresury zwierząt dojdą do wniosku, że babcia nie miała racji. Być może,  zmiany klimatu i klęski głodu również w Europie spowodują, że nabierzemy szacunku do tego co jemy. Nie jest to myśl ani nowa, ani odkrywcza. C.K. Norwid pisał:
 " Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba....
Tęskno mi, Panie...
 Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą...
Tęskno mi, Panie..."
Czasami warto czytać starych poetów. To ludzie dobrej woli i dobrej tradycji. Nim uderzymy młotkiem w coś zastanówmy się czy kogoś nie zaboli, a przynajmniej wiedzmy czemu to robimy.

czwartek, 11 lipca 2013

O ABORCJI, ZWIERZĘTACH I SZKOLE CZYLI SŁÓW KILKA POSTRONNEGO OBSERWATORA


Problemowi aborcji przyglądam się od już kilkudziesięciu lat. Temat ten, jeśli zostanie przez kogoś poruszony, zazwyczaj nazywany jest zastępczym w stosunku do licznych afer szarpiących ciałem naszej Ojczyzny. Jednak mnogość tych ostatnich, jak również liczba komisji sejmowych rozpatrujących na ciepłych jeszcze po poprzednikach  krzesłach, trudne problemy demokracji, w mojej ocenie nie pozwoli na znalezienie odpowiedniej chwili już chyba nigdy. Postanowiłem wiec napisać tych kilka słów wbrew głosicielom „zastępczości” tematu. Jeszcze za „komuny” mówiło się o „skrobankach” przyciszonym głosem a kobiety, które dokonały interrupcji, raczej nie obnosiły się z tym faktem. Duże fiaty i nieliczne wówczas zagraniczne marki na polskich rejestracjach, jeśli należały do ginekologów, uważane były za cenę zbrodni. Ustawa, dziś nazywana „stalinowską” dopuszczała interrupcję larga manu. Dzisiejsze brzmienie aktów prawnych regulujących ten problem, jeżeli nie stoi na przeciwnym biegunie, to co najmniej w okolicach zwrotnika.

Przeciwnicy aborcji często powołują się na Przysięgę Hipokratesa, gdzie istotnie zawarty jest jej zakaz wraz z zakazem eutanazji. Czytamy tam; „Nigdy nikomu, nawet na życzenie nie podam śmiercionośnej trucizny, ani też niewieście środka poronnego”. Jednak w tym samym tekście znajdziemy zakaz wykonywania przez lekarzy operacji chirurgicznych. Sam Hipokrates, żył w czasach gdzie część ludzi traktowana była gorzej od zwierząt i jak można przypuszczać, niewolnictwo nie wzbudzało odrazy Mistrza z Kos.

Żeby uprzedzić, jakiekolwiek przypuszczenia stwierdzę, że jestem przeciwnikiem aborcji dopuszczanej „na życzenie”. Uważam jednak, że obecna postać ustawy jest dobra, gdyż zdarzają się sytuacje, w których interrupcja powinna być wykonana.  Co więcej, uważam że morula i blastula jest fazą rozwoju człowieka, a co za tym idzie rozważania o tym kiedy wstępuje w nie dusza, lub czy dopiero rozwój serca i układu nerwowego stanowią o człowieczeństwie białka uważam za bezsensowne. Człowiekiem jest się od poczęcia do śmierci, bez względu na liczne samoistne poronienia i błędy genetyczne. Należy się jednak zastanowić, czy prawa przynależne blastuli człowieka powinny ( a tak jest w polskim prawie) być wyższe od tych, które nadaliśmy dorosłemu orangutanowi czy kotu. W przeciwieństwie bowiem do blastuli wymienione zwierzęta czują ból, strach, pragnienie i głód. Nie mają jednak, według około 95% Polaków, duszy. Fakt ten usprawiedliwia w oczach większości społeczeństwa wszelkie okrucieństwo wobec nich. Gotowanie żywcem świń, wysyłanie psów w paczkach pocztowych mnie nie zdziwiło. W naszym języku ojczystym zwierze „zdycha”, a człowiek umiera. Protesty rolników w sprawie uboju rytualnego i rzekomych strat miejsc pracy przywiodły mnie do przekonania, że w Polsce 90% zwierząt ubija się rytualnie lub do tego celu hoduje. Tak się przynajmniej zachowywali.  Zatem moja odpowiedź na zadane tu pytanie jest krótka: nie. Może się mylę, ale gdyby rzeczoną spóźnioną paczką pocztową podróżowały zamrożone embriony ludzkie i przypadkiem obumarły, grano by larum pod niebiosa. Jednak z posłanek prawicy nazwała walkę o prawa zwierząt, neopoagaństwem. Ten odkrywczy pogląd w sposób jednoznaczny określa stosunek pewnych, całkiem niemałych, grup społeczno-religijnych do „braci mniejszych”. Niestety św. Franciszek umarł dawno temu i o ile pamiętam bezpotomnie. Chrześcijański antropocentryzm nie jest moim zdaniem najlepszą formą współżycia z innymi gatunkami na tej planecie i powoduje degradację środowiska. Pewne symptomy tego zjawiska wydają się już zauważalne, a nie chcę źle prorokować, lecz obawiam się, że następne pokolenia odczują to jeszcze bardziej. Boski nakaz rozmnażania się i czynienia Ziemi sobie poddanej, jaki usłyszeli uchodźcy z raju, został wypełniony w stopniu, który budziłby podziw niejednego stachanowca.

Aborcja jest złem i nie dam sobie wmówić, że jest inaczej. Jest złem tym większym, iż żeruje na nieszczęściu i wyrzutach sumienia wielu kobiet. Co prawda tzw. zespół poaborcyjny, jest przedmiotem dyskusji specjalistów, jednak zabieg zawsze pozostawia w pamięci i psychice kobiety zadrę. Prawny zakaz interrupcji jest pustym słowem. Podziemie aborcyjne ma się doskonale. Jego zasięg jest sztucznie poszerzany przez „feministki” (przepraszam za uproszczenie w nomenklaturze obu stron konfliktu), a w sposób smieszny redukowany przez „obrońców życia”. Wystarczy wziąć do ręki codzienną gazetę. Ogłoszenia typu „AAA ginekolog bezboleśnie” czy legendarne „wywoływanie miesiączki” to norma. Nie ogłasza się przez kilka lat ten, kto nie ma zysku. Ściganie owego procederu graniczy z farsą. Jeżeli wykluczymy prowokację policyjną (ciężarna prowokatorka?), zazwyczaj obie strony są zainteresowane, aby wszystko odbyło się w czterech ścianach bez rozgłosu, dla obopólnej , przyznajmy korzyści. Jeśli nawet ktoś doniesie o dokonanym przestępstwie, to proszę mi wyjaśnić jak udowodnić dokonanie aborcji. Badanie lekarskie, któremu musiałaby poddać się kobieta jest w Polsce czynem dobrowolnym. Żaden lekarz bez zgody pacjenta nie ma prawa go badać. Badanie pod przymusem, z nakazu sądu ( nie bardzo wyobrażam sobie jak: przywiązanie do fotela, podanie środków odurzających?) kojarzy mi się z torturami i przemocą, których zabrania Kodeks Etyki Lekarskiej. Można oczywiście stosując terror psychiczny zastraszyć i tak nieszczęśliwą pacjentkę i zmusić ją do przyznania się. Ponoć człowiek pod wpływem strachu i tortur przyzna się do wszystkiego, łącznie z czynami niedopełnionymi.

Straszenie przez feministki zwiększoną umieralnością z powodu „dzikich” aborcji jest również śmieszne. Gabinety moich „skrobiących” kolegów po fachu, są wyposażone lepiej od stołecznych klinik ginekologicznych, częściowo przyznajmy z pieniędzy za interrupcje. Aborcje „domowe” odbywały się za czasów liberalnej ustawy również i nikogo nie dziwiły.

W całej jednak dyskusji zastanawia mnie jedna sprawa. Otóż „obrońcy życia” zapominają, lub może nie chcą pamiętać, że podobno w Polsce jest ponad 90% ludności wyznania rzymsko-katolickiego. Pozostałe religie monoteistyczne, o ile mi wiadomo również nie dopuszczają nawet myśli o aborcji. Pozostaje więc niewielka grupka niewierzących, która teoretycznie może być siedliskiem owej zbrodni. Nie wiem, czy jest to przypadek, czy prawo wielkich liczb, lecz większość podłości (pobicie, kradzieże) wyrządzili mi ludzie deklarujący się jako wierzący. Dla kontrastu moi niewierzący przyjaciele, lub tzw. „innowiercy” (ładna skądinąd nazwa) to ludzie kryształowo uczciwi i co ciekawe również przeciwnicy aborcji „larga manu”. Może by więc w licznych dyskusjach, jakie ostatnio przetaczają się przez media wspomnieć, że akt aborcji w Polsce oznacza porażkę nauczania Kościoła. W ogóle w sferze życia seksualnego panuje wśród katolików sytuacja z lekka schizofreniczna. Kościół zakazuje pożycia przedmałżeńskiego, które realizuje ok. 100% narzeczonych. Prezerwatywy inne zakazane środki, znajdują nabywców i to w liczbie wcale pokaźnej. Oczywiście z jednokrotnego złamania zakazu można się wyspowiadać, jednak odnoszę wrażenie, że większość tkwi w grzechu głęboko i długo, nie wykazując wcale żalu za popełnienie go.

Nie ma dla mnie wątpliwości, że taki stan rzeczy utrzyma się i pogłębi. Oczywiście można nadal grać farsę, udając, ze wszystko jest w porządku. Jednak ja krzyknę jako to dziecko z bajki Andersena: „ Król jest nagi!!!”. Jako lekarz zdaję sobie sprawę, że używanie  tzw. „naturalnych metod regulacji poczęć” jest, delikatnie mówiąc, zawodne. Oburzonym małżeństwom, które krzyczą teraz, że oni całe życie tak właśnie postępowali, gratuluję zdrowia (zwłaszcza płci pięknej). Jest to możliwe w nikłym procencie przypadków i takie są fakty naukowe, z którymi nie radziłbym dyskutować. Płciowość człowieka regulowana jest wieloma czynnikami, z których religia jest tylko jednym z listy. Próba walki z prawami natury, w tym również z (przepraszam za kolokwializm) chuciami, zawsze kończy się mniejsza lub większą porażką.

Zawsze zastanawiałem się dlaczego z taką zjadliwością „obrońcy życia” zwalczają środki antykoncepcyjne. Ich wynalezienie w moim odczuciu wpisuje się w nakaz czynienia sobie Ziemi poddaną. Potrafię zrozumieć protesty przeciw środkom wczesnoporonnym, lub nawet spirali domacicznej. Jednak oddałbym sporą część majątku temu, kto przekona mnie o różnicy jaka istnieje pomiędzy obserwacją śluzu szyjkowego lub obliczaniem dni z kalendarzyka a założeniem prezerwatywy lub używaniem środków hormonalnych. Cel owych działań jest tożsamy – cieszyć się z przyjemności seksu, nie narażając się na niechcianą w owym okresie życia ciążę. Jeśli się mylę, chętnie przeproszę obrażonych.

Niechciane ciąże są wynikiem niewiedzy (najczęściej), choroby lub nadużycia seksualnego. To ostatnie jest możliwe również w rodzinie, gdzie nie funkcjonuje pojęcie gwałtu.

Próby wyjaśnienia młodym ludziom zasad rozrodu, możliwości zapobiegania ciąży, również napotykają na histeryczny wręcz opór. Usłyszałem opinię, że przekazanie całej wiedzy o antykoncepcji, skutkuje rozpasaniem seksualnym. Ciekawa to, przyznam opinia. Większość nastolatków orientuje się, że młotkiem można wbić gwóźdź  lub rozbić komuś czaszkę. O ile mi wiadomo nadal częściej używany jest on w pierwszym celu. Przypominają się słowa: „Poznajcie Prawdę, a Prawda was wyzwoli”. Prawdę, a nie półprawdy, które wykłada się w zależności od światopoglądu lub widzimisię.

Jako przykład mogę podać wypowiedź pewnej lekarki (zdaje się nawet tytułem profesora), w znanej toruńskiej rozgłośni, która twierdziła, że zarówno środki antykoncepcyjne i zapłodnienie „in vitro” nie mogą być refundowane z pieniędzy podatnika, gdyż nie leczą. Zapomniała jednak dodać, że definicja zdrowia WHO, zawiera ustęp o dobrostanie psychicznym, a ten zdaje się nie występuje u bezpłodnych par czy ludzi obawiających się współżycia.

Nie znam rozwiązania problemu aborcji i może będę nieskromny, ale nikt go nie zna. Zalecałbym uciekanie jak najdalej od wyznających skrajne poglądy. Ci ludzie są szkodliwi i niebezpieczni. Na obu biegunach podkreślam. Marzy mi się normalny kraj, gdzie przekazuje się dzieciom całą prawdę o seksualności człowieka. Trzeba mówić o niebezpieczeństwach i przyjemnościach. Tak jak prąd elektryczny, który może ogrzać, oświetlić lub zabić. Nikt jednak nie zataja przed dzieckiem faktu, że nie należy wkładać palców do kontaktu..

Środki antykoncepcyjne są i będą coraz doskonalsze. Pozwólmy każdemu wybrać swoją metodę według własnych poglądów. Jeśli jestem katolikiem będę badał śluz szyjkowy i zaglądał do kalendarzyka, jeśli mam inne poglądy użyję tabletek lub spirali. Siedemnaste  dziecko przyjmę jako dar boży, zaś bezpłodność jako krzyż jaki Bóg w swym miłosierdzi każe mi nosić. To wszystko. Non plus ultra