Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2020

ROZUM W CZASACH ZARAZY

Kiedy Monika Kubiak poprosiła mnie o napisanie czegoś do „Wiadomości”, postanowiłem być oryginalny i poruszyć sprawę pandemii. Wyszedłem z założenia, że temat jest tak ograny, iż nikt, niczego nie będzie pisał. Bo przecież już wszystko wiemy. Teorii jest kilka. I tu was zaskoczę, z jedną się zgadzam, choć nie do końca. Zacznijmy od niej. Wirus powstał w ściśle tajnym laboratorium, gdzie ludzie pracują nad bronią biologiczną. Z całą pewnością takie miejsca istnieją. Oczywiście, oficjalnie i uroczyście podpisano traktaty o zakazie broni biologicznej. Nikt nad nią nie pracuje, a wszelkie jej zapasy, pod czujną kontrolą internacjonalnych wysokich komisji, zniszczono. Nad czym obecnie pochylają się naukowcy na usługach wojsk amerykańskich, rosyjskich, czy chińskich, nie wiem. Wiem, że pracują. Czy wirus mógł wydostać się z takiego laboratorium? Wątpię, choć oczywiście wszystko jest możliwe. Raczej jednak odrzuciłbym ową teorię, w części świadomego lub przypadkowego zakażenia ludzkości wirusem SARS-CoV-2. Pewnie nie zdołałem zapoznać się ze wszystkimi pomysłami, na jakie wpadli ludzie odnośnie wirusa, ale jeden temat przeważa w różnych odmianach.  Grupa ludzi, zwana rządem światowym (masoni, iluminaci i inni), postanowili zrobić trochę porządku na świecie. Doszli do wniosku, że ludzi jest za dużo (z czym nawiasem mówić częściowo się zgadzam)  i należy zredukować populację Homo sapiens do jednego miliarda. Wirus jak znalazł, nadaje się do tego. Nie muszę pisać, że sami mają antidotum i są bezpieczni. Dla niepoznaki zarazili się tacy ludzie jak książę Karol czy Boris Johnson. Druga teoria jest jeszcze ciekawsza. W przedziwny sposób, splata się z inną. Otóż jak wiadomo od czasów Jennera (a nawet wśród mądrych ludzi i narodów wcześniej), istnieją szczepionki. Oczywiste zatem, stało się poszukiwanie takiego remedium na COVID. Proste? No nie do końca. Za finansowaniem miał stać Bill Gates.  Żeby osiągnąć sukces trzeba zaszczepić wszystkich. Przymusowo. Rząd światowy zdał sobie sprawę, że nie wybije 6 miliardów ludzi. Trzeba więc uczynić powolnymi sobie tych, którzy przeżyją. Otóż w szczepionkach Gatesa, są nanochipy. To one spowodują, że staniemy się zombie wykonującymi rozkazy naszych panów z Brukseli czy  hotelu "Bilderberg". Pytacie jak będą nami sterować? A o sieci 5G słyszeliście? Przypadek, że akurat na krótko przed pandemią zaczęła się rozwijać? Nie sądzę. Aha! I nie łudźcie się, że jak się nie zaszczepicie, Gates i jego ludzie nie będą wami kierować. Nanochipy są rozpylane przez chemtrails. Spójrzcie przez okno na niebo. Te smugi… Wszystko jasne? No.

Może byłoby to wszystko i śmieszne, gdyby nie głosili tego ludzie mądrzy i wykształceni. Znam nawet jednego, ze stopniem dra habilitowanego, publikującego podobne historyjki.

A teraz ciut poważniej. Sam zastanawiam się nad fenomenem pandemii. Czy lekarstwo nie okazało się gorsze od choroby. Ile  „żyć” uratowaliśmy zamykając wszystko, a ile utraciliśmy nie operując nowotworów, przeciągając diagnostykę? Ilu ludzi straciło dorobek życia, bo ich zakłady zbankrutowały, mimo prób ochrony ze strony rządów? I tak dalej i tak dalej. Cytując Kaczmarskiego: „ Nie wiem i nie wie chyba nikt na świecie, Choć wszyscy wszystko oglądali przecież”.

Patrząc na to wszystko pomyślałem, co mogli czuć mieszkańcy średniowiecznej Europy, w czasie o wiele bardzie śmiertelnych zaraz. My znamy wroga. Jego DNA jest powielane w tysiącach laboratoriów, a trójwymiarowe obrazy oglądane przez wszystkich. Oni tego nie znali. Wiedzieli, że trzeba uciekać, dzięki czemu powstał „Dekameron”. Pozostałe działania miały charakter raczej magiczny. Błagano bogów (już wtedy było ich niemało) o litość. Wiele z tego przetrwało do dziś. Choć o wirusie wiemy już sporo, a o innych zarazach wszystko, nadal bogowie mają, zdaniem wielu, coś do powiedzenia. Wyrazem tego, stały się loty nad Polska z monstrancją w oknie samolotu. W Bydgoszczy wybrano drogę naziemną i peregrynację pieszą. Musze przyznać, że widząc coś takiego, odczuwam zażenowanie. Jakby nie było, na dość ostre (niekiedy istotnie chamskie) komentarze w necie, jeden z luminarzy bydgoskiej medycyny, rzekł do kontestatorów : „morda w kubeł”. Chodziło o to, że ksiądz peregrynator, robi inne dobre rzeczy dla ludzi. Owych mocnych słów, jednak nie usłyszał z owych ust inny kapłan, znany bardzo, gdy zaprzeczał istnieniu pandemii i zachęcał do łamania zakazów. Może po prostu słowa owego bydgoskiego Savonaroli nie dotarły do uszu, werbalnego karciciela. Nie wiem czemu, ale najwięcej przypadków łamania zakazów „kręciło się” wokół kościoła. Policja rozwiązała pielgrzymkę bodaj z Łowicza do Częstochowy (przed poluzowaniem zakazów). Część pątników dotarła tam w mniejszych grupkach i zamiast, co wydawałby się naturalne, spotkać się z naganą ze strony Paulinów, że łamią piąte przykazanie, zostali powitani jak bohaterowie. Co więcej, następnego dnia „Nasz Dziennik” zamieścił artykuł o tytule (cytuję z pamięci) „zwycięstwo wiary nad pandemią” lub podobnie. Wyobraziłem sobie następującą sytuację. Z powodu pandemii mecz Arka Gdynia vs Widzew Łódź, odbywa się bez publiczności. Jednak grupa 200 kibiców, po krótkiej walce z policją , wdziera się na stadion i delektuje futbolem na żywo. Następnego dnia w „Przeglądzie Sportowym” na pierwszej stronie artykuł redakcyjny „Zwycięstwo piłki nad pandemią”.

Najbardziej jednak,  rozbawiły mnie pseudoteorie socjologiczne i psychologiczne, antycypujące nasz świat po pandemii. Trzy tygodnie  mniejszego ruchu na ulicach, miało zmienić człowieka. Trochę śmieszne w swej naiwności. W 1963 w ogrodzie zoologicznym w nowojorskiej dzielnicy Bronx, zorganizowano wystawę. Jednym z eksponatów było „najniebezpieczniejsze zwierzę na ziemi”. Zwiedzający ujrzeli lustro w kształcie klatki dla dzikich zwierząt. Oblicze bestii patrzyło im w oczy. Nie, nie będziemy ani lepsi ani gorsi. Choć, może właśnie gorsi.  Zacznie się walka o byt, o utracone dobra, zarobki, o klienta i tak dalej. Bezpardonowa.  Pewnie, były szlachetne gesty w czasie, gdy wielu ludzi narażając swoje życie, walczyło z chorobą. Ale były też „życzenia” aby lekarze czy pielęgniarki „spier….li” z bloku czy osiedla , bo zarażą dzieci. Sytuacje skrajne pokazują prawdę o człowieku. Jak każde zjawisko rozkłada się ona „normalnie”. I tak będzie zawsze, a podejrzewam, że pandemia COVID, jest dopiero przygrywką. Rozum jest przydatny, ale i niebezpieczny. Jak ogień, prąd, czy samochód.  Dzięki niemu latamy jak ptaki, które widzieli z jaskiń nasi przodkowie i pływamy w głębinach jak ryby, które łowili. Przekazujemy informacje , czasami bezsensowne, miliardy razy szybciej niż średniowieczni heroldowie. Leczmy raka i gruźlicę. Ale nawet dziś boimy się paniczne nieznanego, niewidzialnego wroga, jak nasi przodkowie , którzy dziwili się  dymienicom. Przypisywali je diabłom, lub  gniewom bóstw za rozwiązłość i inne nieumiarkowanie. My mamy Gatesa, rząd światowy, masonów i żydowskich bankierów rozsiewających wirusy.  Strach przyćmiewa rozum. Budzą się demony. Już je widać. Nie chciałbym być Kasandrą, ale będzie ich więcej. Wyjdą z nas. Oby się mylił, lecz zapewne już się tego nie dowiem.   

wtorek, 23 lipca 2013

ZAŻENOWANIE


Artykuł napisany 3 lata temu. W związku z osobą abp. Pylaka wymieniłem maile ze śp. pamięci abp. Życińskim. Nie będę ich cytował  (korespondencja miał charakter prywatny. Powiem tylko że w większości spraw zgadzaliśmy się.  
 

 

Tytułowe uczucie nie jest przyjemne. Jest to stan, kiedy widzę coś idiotycznego, niezgodnego ze zdrowym rozsądkiem czy wręcz podłego. Jednak wielu ludzi, tak właśnie postępuje na co dzień. Uczucie zażenowania, jakie powstaje w moim mózgu musi mieć jeszcze składową wykonawcy. To musi być ktoś, kogo szanuję, cenię lub wiem skądinąd, że jest to człowiek w powszechnej opinii zasługujący na takie traktowanie. Ostatnie tygodnie dostarczyły mi niestety wielu takich doznań.

Pierwsza sprawa jest banalna, powiem wręcz typowa. Pewien doktor z kraju na wschód od Polski zaleca ciecierzycę miast chemioterapii w przypadkach raka. Powiek ktoś: „A co w tym dziwnego?”. Ano nic, gdyby nie wspierali go w owych rewelacjach nasi koledzy lekarze w tym wykładowca UM z Poznania. Rzecznik tegoż Uniwersytetu rzecz jasna potępił wypowiedz owego lekarza, ale … .  Czyż jednak możemy dziwić się skromnej lekarce rodzinnej bodaj z Koła, gdy podobne myśli nachodzą profesorów uniwersyteckich czy Wielkich Kanclerzy KUL-u. Kilka słów wstępu nim przejdę ad rem. Jeden ze słuchaczy „Medycznych Śród”, po którymś z wykładów obiecał mi pewną książkę „na za tydzień”. Jak postanowił tak zrobił. Była to wydana przez Oficynę Poligraficzną „Adam” z Lublina pt. „Poznawać w świetle wiary”, czyli wywiad-rzeka z abp. Bolesławem Pylakiem, Honorowym Obywatelem Lublina i Wielkim Kanclerzem KUL w latach 1974-1997. Pominę może zagadnienia polityczne czy „wewnątrzkościelne” poruszane w owym wydawnictwie. Nie mnie rozsądzać sprawy bilokacji, „ciała parasomatycznego”, „czakramów” czy „poltergeista”. To, że abp. Pylak używa wahadła Izis jest zasadniczo jego sprawą, lecz zaniepokoiła mnie konstatacja hierarchy, co do tzw. medycyny alternatywnej: „Stwierdzam z całą odpowiedzialnością, że katolicy mogą korzystać z pomocy radiestezji i bioenergoterapeutów”. Abp. Pylak dokonał także rzeczy, jaka nie udała się jeszcze nikomu. Wyjaśnił bowiem zasadę bezkrwawych operacji cudotwórców (ja wolę ich nazywać szarlatanami) z Filipin. Oto jego słowa: „(…) Bezkrwawe ich operacje tłumaczę posiadaną przez nich wrodzoną mocą naturalną wzmocnioną osobistą ascezą. Uzyskują oni bezpośrednią władze nad ciałem eterycznym, które podtrzymuje ciało fizyczne jako całość. Dłońmi otwierają to ciało. Wówczas rozsuwa się również powłoka ciała fizycznego. Po wyrzuceniu z niego chorej części organizmu, łączą ciało eteryczne. Wówczas i ciało fizyczne wraca do normalnego stanu” (op. cit.  strona 79).

Przyznam, że nie jestem do końca pewien czy ów opis jest zgodny z nauczaniem Kościoła Katolickiego dotyczącym ciała i duszy człowieka.

Jak można drukować takie brednie!? Tego - o ile znam Pismo Święte - nie dokonał nawet Jezus Chrystus, a zdaniem abp Pylaka codziennie dokonują oszuści z Filipin. Furda desmosomy, adhezyny, powięzie, otrzewna i kolageny wszelkich numeracji! Pan Claver Pe lub Ramon Divag włożą ci rękę do brzucha!

Jak może tak mówić arcybiskup Kościoła Katolickiego? Przecież słuchają go tysiące ludzi. Czy nikt z blisko związanych z Kościołem lekarzy nie ma odwagi powiedzieć prostych słów: „Jego Ekscelencja się myli, wręcz grzeszy, bo słowa Ekscelencji mogą zabić ! ”. Nie słyszałem o takim wystąpieniu. Więc mówię to ja, Wojciech Szczęsny.

Abp. Pylak może jednak mieć kłopoty ze strony egzorcystów. Na ostatnim ich zebraniu w Niepokalanowie radzili, jak przeciwdziałać najczęstszym przyczynom opętania: okultyzmowi, ezoteryzmowi (wahadło Izis!!), wschodnim metodom medytacji czy homeopatii. Sam nie wiem już czy pacjentom niektórych  moich PT Kolegów nie grozi opętanie. Co to jest? Zdaniem egzorcystów mamy z nim do czynienia, jeśli wystąpi któryś z trzech objawów: strach przed świętością, wiedza lub umiejętności paranormalne czy po prostu niezwyczajne zachowania. Jak sprawdzić awersję wobec sacrum?  Do trzech białych kopert wkłada się dwie białe karteczki i jeden święty obrazek. Osoba opętana „nienormalnie” na niego zareaguje. Inny sposób na rozpoznanie opętanego: położyć mu na plecach stułę, którą ksiądz nosi na szyi. To ma wywołać reakcję szatana. Sposobów sprawdzenia wiedzy nie podano. Warto może wspomnieć, że owe „testy” wykonują ludzie nie będący lekarzami wobec osób, w moim pojęciu ( a ufam że i przynajmniej niektórych PT Kolegów), chorych psychicznie.   

Ci, którzy wierzą w Boga, powinni (muszą?) wierzyć także w szatana. Nie mnie oceniać czyjąś wiarę i jej pryncypia, choćby nawet wydawały mi się cokolwiek dziwne. Nie mogę jednak zgodzić się, by księża - egzorcyści zastępowali psychiatrów „lecząc” trudne przypadki schizofrenii, paranoi czy depresji. Pomoc duchowa potrzebna jest wielu ludziom. Niosą ją chorym i umierającym, oraz ich rodzinom księża kapelani szpitali czy hospicjów. Potrafię uwierzyć, że objawy depresji miną po rozmowie z kapłanem, który może ukazać nadzieję w Bogu czy jasne strony życia. Czy jednak jako lekarze, a w pewnym sensie naukowcy, możemy się zgodzić, że chory psychicznie człowiek miotający przekleństwa, gdy ksiądz nałożył mu stułę, jest opętany i nie wymaga leczenia tylko egzorcyzmu? Ja nie mogę. Podobnie jak nie mogę zgodzić się na „bezkrwawe usunięcie guza rakowego z wątroby” przez filipińskiego szarlatana czy leczenie nowotworu ciecierzycą.

Medycyna jest nauką. Jej ważność i wyjątkowość polega na tym, że zajmuje się nie liczbami czy gwiazdami a człowiekiem. Musi opierać się tylko i wyłącznie na sprawdzonych i bezpiecznych metodach. I jeszcze jedno: na uczciwości wobec stwierdzanych faktów. Tu przypomnę tak zwany „Cud w Sokółce”, którego nie uznał jeszcze Kościół a „uznały” już tabloidy, telewizja i miejscowa ludność. Coś czerwonego (niektórzy uczeni przebąkiwali o Serratia marcescens) pojawiło się na hostii, która spadła na podłogę a następnie zamoczono ją w wodzie i w zamkniętym pudełku pozostawiono na długo. Dwoje patologów rozpoznało w owym tworze mięsień konającego serca. Oboje są ludźmi głębokiej wiary. Nie mogę oczywiście kwestionować ich badań, bo przykładowo nie chciałbym, aby oni mówili, że ja źle operuję przepukliny. Jednak pani profesor, kiedy zapytano ją czemu nie wypisała skierowania na badanie w normalnym trybie stwierdziła że: „nie zna PESEL-u Jezusa” . Z góry założyła zatem, że to jest serce Jezusa a nie coś innego i wiedziała doskonale co bada. Czy nie uczciwiej byłoby dać owo „coś” do zbadania patologowi nie mówiąc mu co to jest, a także kilku patologom, również niewierzącym. Jeśli ci ostatni rozpoznaliby miesień konającego serca, chyba sam bym się mocno zastanowił. O badaniach DNA nie wspomnę (ot choćby tylko czy jest to tkanka człowieka). Wiem, że „cud w Sokółce” budzi wiele wątpliwości nawet wśród wierzących. Może powiem tak. Proszę odpowiedzieć sobie na pytanie, czy będąc recenzentem lub redaktorem periodyku medycznego na podstawie tak przeprowadzonych badań przyjęliby państwo do druku owo doniesienie? Powie ktoś – tu nie chodzi o naukę, lecz wiarę. O nie! Autorytety medyczne podpisały się pod zamianą mąki i wody w serce człowieka, czyli cud, a taka przemiana autoryzowana przez lekarza winna zawierać dowody naukowe nie do podważenia.  

Historia leczenia człowieka wskazuje nazbyt wyraźnie, że lekceważenie zasady nauki i bezstronności religijnej prowadziło do tragedii i niewypowiedzianych cierpień. Nie umniejszam strony duchowej leczenia. Nie mogę jednak walczyć z bioenergoterapeutą, szarlatanem z Filipin czy Armenii, nie reagując na rozpoznawanie ciężkich psychoz za pomocą stuły i „leczenie” ich egzorcyzmem. Jeżeli ktoś z Czytelników uważa słowa abp. Pylaka za prawdę, chętnie podejmę dyskusję (naukową i oparta na EBM !) o możliwości „bezkrwawych operacji” .

Jeszcze raz podkreślam, nie chce urazić niczyich uczuć religijnych, ale na litość boską, są obszary gdzie nie wolno rezygnować ze zdrowego rozsądku. Dla dobra chorego i prestiżu czegoś co nazywa się cywilizacją.